Portal Holistic News – o ideach w stylu punk

Czyńcie sobie Marsa poddanym

Mars dziś jest zimną, suchą, martwą planetą. Dawno temu byłjednak bardziej podobny do Ziemi. Technologicznie istnieją możliwości, by przywrócićgo do stanu używalności.

Urządzić na nowo całą planetę? To dopieroprzedsięwzięcie! Ktoś powie – niemożliwe. A jednak da się tegodokonać, co ludzkość udowodniła przez ostatnie 200 lat.Na skutek naszych działań przyroda się zmienia. Mamy globalne ocieplenie,a era, w której żyjemy, na naszą cześć nazywana jestantropocenem. Zmieniliśmy i ciągle zmieniamy Ziemię, choć – prawdęmówiąc – raczej mimochodem. I niekoniecznie na lepsze.

A jeśliby to powtórzyćz premedytacją? Oczywistym i jedynym sensownym kandydatemdo planetarnej metamorfozy jest Mars. Wielu naukowców już się zastanawia, jak to zrobić.

W Zjednoczonych Emiratach Arabskich powstanie ogromne miasto marsjańskie.Na powierzchni 17 km kw., czyli 1700 ha, znajdą się przykryte kopułami laboratoria do produkcji żywności, energii i wody. Projekt, który ma symulować życie osadników na Marsie, będzie kosztował 136 mln dol.

Proces, o którym mowa, to terraformacja, i polega on na upodobnieniu innej planety do naszej (Terra to łacińska nazwa Ziemi). 

Tym, co różni najbardziej Marsa od Ziemi, jest niezwykle rzadka atmosfera. Ekstremalnie niskie ciśnienie marsjańskiego powietrza uniemożliwia życie dużo bardziej niż brak tlenu. Ziemskie organizmy składające się głównie z wody mogą funkcjonować w warunkach pozwalających na istnienie wody w stanie ciekłym. 

Tymczasem na Czerwonej Planecie barometry nie pokazują więcej niż 10 hPa. To znacznie poniżej linii Armstronga, czyli poziomu ciśnienia, w którym woda zaczyna się gotować w temperaturze 36,6 st. C. Dlatego każdy astronauta spacerujący po Marsie będzie musiał mieć skafander ciśnieniowy. 

Gdyby ciśnienie udało się podnieść, wystarczyłby aparat tlenowy.

Wiele milionów lata temu warunki na Marsie były inne. Na powierzchni funkcjonowały ogromne zbiorniki wodne. Być może wtedy istniało tam nawet jakieś życie. Dziś, nawet jeśli zachowało się w formie przetrwalnikowej, to sam Mars jest planetą praktycznie martwą. Planety mają bowiem swoje wewnętrzne, geologiczne życie – tak jak Ziemia z gorącym jądrem, płytami tektonicznymi itp.

Mars zastygł dawno temu.

Ziemię też kiedyś to czeka (chyba że wcześniej pochłonie ją umierające Słońce), bo jak wszystkie inne ciała niebieskie jest zawieszona w zimnej przestrzeni kosmicznej. Nasz planetarny sąsiad jest zaś sporo mniejszy i dlatego zimna starość dopadła go znacznie wcześniej. 

I to właśnie spowodowało, że tamtejsza atmosfera jest tak rzadka. Jądro planety zbudowane z płynnych metali generuje pole magnetyczne. To pole zaś (tzw. magnetosfera) chroni planety przed oddziaływaniem wiatru słonecznego. Mars ma zastygłe jądro, dlatego to, co u nas wywołuje malowniczą zorzę polarną, tam wywiewa atmosferę w kosmos.

Choćbyśmy zatem wpompowali na Marsa tyle gazów, że tamto ciśnienie będzie przypominało ziemskie, to będzie to rozwiązanie skuteczne na krótką metę. Po jakimś czasie wszystko ucieknie jak z dziurawej piłki. 

Jedynym sposobem na zachowanie atmosfery jest przywrócenie osłony magnetycznej. Poza sferą science fiction trudno sobie wyobrazić ponowne odpalenie jądra planety, choć pojawiła się np. koncepcja sprowadzenia Plutona na orbitę Marsa. To miałoby wywołać zjawisko tarcia wewnątrz Marsa – jako efekt działania grawitacyjnego jednego ciała niebieskiego na drugie (na podobnej zasadzie Księżyc wywołuje na Ziemi przypływy i dopływy).

Tarcie miałoby podnieść temperaturę wnętrza planety i rozpuścić żelazne jądro Marsa. Ludzkość jednak jeszcze długo nie będzie dysponowała technologią pozwalającą przesuwać całe planety (czy nawet planety karłowate takie jak Pluton).

Dużo bardziej realistyczną koncepcją jest stworzenie elektromagnetycznej tarczy, która chroniłaby Marsa przed wiatrem słonecznym. Według koncepcji zaprezentowanej w ubiegłym roku przez Jima Greena z NASA w pobliżu Marsa można by umieścić gigantyczny dipol (czyli np. elektromagnes), który stworzyłby barierę dla wiatru słonecznego.

W cieplarnianych warunkach

Dopiero z odpowiednim wiatrochronem można myśleć o nadmuchiwaniu atmosfery Marsa. Żeby tego dokonać, trzeba dokonać tego, co tak skutecznie wychodzi ludzkości od początku rewolucji przemysłowej – wywołać efekt cieplarniany.

Dziś klimatologom na Ziemi spędza sen z powiek powolne topnienie polarnych lodowców – największych rezerwuarów gazów cieplarnianych – rozpuszczonego w lodzie dwutlenku węgla, ale także pary wodnej. Znikanie czap lodowych powoduje błędne koło globalnego ocieplenia, które z czasem może uniemożliwić normalne życie.

To samo na Marsie będzie miało dla przyszłych kolonizatorów zbawienne skutki. Jeśli lodowce rozpuszczą się na dobre, to po pierwsze – w atmosferze będzie więcej gazu, a więc ciśnienie się zwiększy, a po drugie – temperatura podniesie się na tyle, by woda mogła pozostawać w stanie ciekłym.

Koncepcji rozpuszczenia lodowców jest kilka – od tak fantastycznych jak umieszczenie na orbicie gigantycznego lustra zwiększającego nasłonecznienie, przez pomalowanie lodowców na czarno. Na przykład pyłem z niezwykle ciemnych księżyców Marsa – Fobosa i Deimosa. 

Oba pomysły są gigantycznymi przedsięwzięciami znacznie przerastającymi możliwości technologiczne współczesnych rakiet. Na przykład masa pyłu potrzebnego do malowania dalece przekracza ładowność jakiejkolwiek wymyślonej przez człowieka maszyny.

Wyniki opublikowanych niedawno badań wskazują, że ilość drzemiącego na marsjańskich biegunach gazu może nie być wystarczająca do stworzenia atmosfery sprzyjającej obecności żywych organizmów.

Dlatego najlepszym pomysłem wydaje się wybudowanie na Marsie generatorów innych, skuteczniejszych gazów cieplarnianych, takich, których relatywnie mniejsza ilość w atmosferze spowoduje zatrzymanie większej ilości ciepła.

Dotychczasowe badania powierzchni Marsa wskazują, że na jego powierzchni jest wystarczająco dużo minerałów, z których dałoby się produkować gazy cieplarniane. To np. freony, których ludzie się wyrzekli, bo niszczyły warstwę ozonową. Jednak na dłuższą metę także Mars będzie jej potrzebował, bo ozon chroni organizmy przed szkodliwym promieniowaniem ultrafioletowym. 

Tak więc lepszymi kandydatami do ogrzania Marsa byłyby perfluorowęglowodory – związki węgla i fluoru. Oprócz autonomicznych fabryk produkujących takie gazy można by też wykorzystywać np. wydzielające je zmodyfikowane genetycznie bakterie.

Tylko po co?

Prezydent John F. Kennedy, mówiąc o planach podróży człowieka na Księżyc, stwierdził: „Robimy to nie dlatego, że jest to łatwe, ale właśnie dlatego, że jest trudne”. Być może zatem sama ludzka ambicja – chęć udowodnienia, że człowiek sam sobie może stworzyć w kosmosie miejsce do życia – wystarczy za powód do rozpoczęcia terraformacji Marsa?

Są też inne, bardziej praktyczne przyczyny, dla których warto odmienić Czerwoną Planetę. Margarita Marinova z Massachusetts Institute of Technology w pracy o terraformacji zwróciła uwagę, że byłby to naturalny krok w rozwoju ludzkiej nauki i technologii. Marinova stwierdziła też, że może to być szansa na stworzenie warunków rozwoju dla marsjańskiego życia, które być może gdzieś tam drzemie z dala od naszej aparatury obserwacyjnej, w uśpionej formie, jako pozostałość po lepszych czasach sprzed kilku miliardów lat.

I wreszcie prace nad uczynieniem Marsa planetą zdatną do życia mogą pomóc w opracowaniu metod ratowania Ziemi, która z powodu naszego niepohamowanego rozwoju i konsumpcji staje się coraz mniej przyjazna. 

Marinova przestrzegała jednak, że traktowanie Marsa jako nowego domu na wypadek zagłady Ziemi jest niepraktyczne, bo nie da się przetransportować miliardów ludzi na odległość wielu milionów kilometrów. Takie mrzonki należy czym prędzej porzucić, bo mogą stanowić wymówkę dla dalszego zatruwania Ziemi. 

Michał Niepytalski

Add comment