Portal Holistic News – o ideach w stylu punk

Demokracja przedstawicielska – co robimy źle?

Współczesna demokracja przedstawicielska odbiegła od greckiego pierwowzoru tak daleko, że przestała spełniać swoje funkcje. Model starożytnych nie działa w społeczeństwach liczących dziesiątki,
a nawet setki milionów obywateli. Problemów jest wiele, a rozwiązań na horyzoncie nie widać. Jak nie zmieniać ustroju, a oddać realną władzę suwerenowi?

O edukacji i pokłosiu jej braku

Rządy większości mają sens wtedy, kiedy każdy partycypujący w podejmowaniu decyzji posiada świadomość polityczną. Demokracja przedstawicielska, w założeniu, przenosi decyzyjność z obywateli na reprezentantów. Jednak jest to tylko połowa fundamentu ustrojowego, gdyż równie istotnym jest, że władza suwerena może być sprawowana również bezpośrednio. Jak jednak wykorzystywać tę możliwość w rzeczywistości, w której ogromna część obywateli gubi się w gąszczu regulacji prawnych i nie rozumie systemu, w którym funkcjonuje?

Kto potrafi jasno i prosto wytłumaczyć system ordynacji wyborczej w Polsce, niech pierwszy rzuci kamieniem

Realia polityki i życia obywateli wydają się funkcjonować równolegle, prawie nie posiadając punktów stycznych. Wina za taki stan rzeczy leży po obu stronach. Społeczeństwo, skupiając się na zapewnieniu sobie pożądanej jakości życia, zupełnie bagatelizuje świat polityki i nie chce, bądź nie ma czasu, żeby uczyć się i zrozumieć prawidła nim rządzące. Z kolei politycy mając tego świadomość, chętnie to wykorzystują do przedłużenia swojego politycznego żywota.

System więc działa prawidłowo dla wybieranych. Nic dziwnego, że nie ma zapału do wypełnienia luki w procesie edukacji. Polska szkoła zupełnie nie przygotowuje do pełnienia roli obywatela, nie mówiąc już o edukowaniu, na czym polega świadomość polityczna. Mało który maturzysta jest w stanie bez problemu wymienić organy władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, przedstawić proces procedowania aktów prawnych, czy choćby poprawnie nazwać ustrój, który panuje w kraju. Że republika, to jeszcze dość oczywiste, ale że parlamentarna? Problem nie leży w tym, że uczniowie są mało błyskotliwi. Po prostu system edukacji nie przewiduje przekazania wiedzy na ten temat. W czasach kiedy łączy się programy wiedzy o społeczeństwie i historii, nikt nie zastanawia się, że posiadają one luki, a zakres materiałów jest mierny w porównaniu do odpowiedzialności, jaka wiąże się pełnieniem roli obywatela.

Gdzie leży przyczyna? Po 123 latach politycznego i państwowego niebytu, II Rzeczpospolita powróciła na mapy Europy równe 100 lat temu. Jak wyglądała nasza państwowość od tego czasu? Pomiędzy wojnami rządy formowały się i upadały wielokrotnie. Piłsudski zamachem stanu przejął władzę, sprawując ją w sposób autorytarny. Po jego śmierci Polska doświadczyła tragedii II Wojny Światowej: wymordowano inteligencję, wojskowych, inżynierów, lekarzy, prawników – słowem wszystkich tych, którzy mieli wiedzę i kompetencje, żeby odbudować tradycję parlamentarną z całym należnym jej szacunkiem. Po „zwycięstwie” nad nazistowskimi Niemcami, wylądowaliśmy w sowieckiej strefie wpływu, a ustrój komunistyczny przesiąknął struktury państwowe i klasę polityczną niemal do cna, wypierając dwa fundamentalne składniki demokracji, świadomość i odpowiedzialność.

Mój głos nic nie zmieni – pomyślało milion ludzi.

Niemal pół wieku Polski Ludowej rozpatrywane jest przez pryzmat szkód wyrządzonych gospodarce, zbrodni aparatu władzy i podległości Moskwie, jednak rzadko podnosi się skalę szkód, jakie ten system wyrządził polskiemu społeczeństwu obywatelskiemu. Frekwencja w wyborach parlamentarnych w III Rzeczpospolitej ostatni raz przekroczyła 60% w 1989 roku. Przeciętnie tylko co drugi Polak bierze udział w wyborach. Od wejścia do Unii Europejskiej wybory do Europarlamentu odbyły się trzykrotnie, jednak brał w nich udział tylko co piąty uprawniony. Oprócz tego, że szkoła nie uczy postawy obywatelskiej oraz wagi obowiązku związanego z prawem głosu, tej funkcji edukacyjnej nie spełnia również rodzina. Wydaje się, że jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest zbagatelizowanie siły głosu przez obywateli.
A może to już ogólne zniesmaczenie i niemoc społeczna?


chadinbr (CC BY 2.0)

Rodzi to zasadne pytanie: czy wobec bierności niemal połowy społeczeństwa, która nie jest jednorazowym ewenementem, ale powtarza się cyklicznie, do frekwencji powinni być liczeni jedynie ci, którzy zagłosowali?

Skutki braku odpowiedzialności

Kolejną chorobą, która toczy ustój demokratyczny w XXI wieku jest brak odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Skrzywdzony przez błąd personalny urzędnika państwowego obywatel, nie może pociągnąć do odpowiedzialności konkretnej osoby, a jedynie całą instytucję. Poseł, który w trakcie obrad Sejmu głosuje zupełnie odwrotnie w stosunku do tego, co deklarował w kampanii wyborczej, nie może zostać odwołany ani zwolniony. Oczywiście odpowiedzią na to może być trywializm, że wyborcy rozliczą go przy następnych wyborach… które odbędą się za rok, dwa czy trzy. Przez ten czas, obywatele mają związane ręce. Taki stan rzeczy to woda na młyn dla wszystkich, którzy do polityki idą nie z poczucia służby państwu i społeczeństwu, ale dla pieniędzy. Korupcja, nepotyzm, malwersacje i defraudacje publicznych pieniędzy, to chleb powszedni nie tylko Polski, ale też wielu dużo bardziej dojrzałych demokracji.


Robić w kółko to samo, i oczekiwać różnych efektów, to szaleństwo

Einstein A.

Wobec tego wypada coś zmienić, aby ustrój demokratyczny na powrót był tym, czym powinien – władzą większości, a nie nielicznych.

Obywatele również migają się od odpowiedzialności. Nie biorąc udziału w głosowaniu, dobrowolnie pozwalają innym decydować o swoim państwie i pośrednio swoim życiu. Jaki jest tego efekt? W 2015 roku w Polsce uprawnionych do głosowania było 30 534 948 osób. Przy frekwencji, która wyniosła 50,92%, oddano 15 200 671 głosów ważnych. Z czego partia rządząca, która sprawuje obecnie samodzielne rządy, uzyskała ich 5 711 687. Na papierze jest to 37,6% poparcia. Faktycznie? Jednie 18,7%. Sytuację, w której mniej niż co piąty obywatel popiera władzę, ciężko jest nazwać rządami większości. Można by zmusić obywateli do głosowania systemem kar i nagród, jednak będzie to przymus, który nie licuje zbytnio z paradygmatem wolności. Czy jest inny sposób?

Głos- prawo nabyte

Jak więc przeprowadzić w praktyce proces naprawy demokracji nie narażając państwa na rewolucję społeczną? Być może dobrym początkiem byłoby zaproponowanie obywatelom nowych warunków umowy społecznej, uświadamiającej im wagę odpowiedzialności związaną z ich głosem. Bo czy można wymagać odpowiedzialności od rządzących, samemu nie ponosząc żadnej?

Starożytni zdawali sobie sprawę z roli każdego obywatela w rządzeniu państwem. Jednak prawo głosu nie było nadawane automatycznie wraz z wejściem w dorosłość. Każdy Ateńczyk w wieku lat 18-20, zanim mógł wziąć udział w zgromadzeniu i zabrać na nim głos, musiał przejść obowiązkowe, dwustopniowe szkolenie obywatelskie. Zabranie głosu bez przejścia takiego szkolenia, wiązało się z karą, włącznie z karą śmierci. Ciężko wyobrazić sobie w dzisiejszych czasach tak radykalne podejście, jednakże idea nadawania prawa głosu w drodze sprawdzianu kompetencji, wydaje się mieć sens i mieścić się w granicach wykonalności.

Jak to przeprowadzić w praktyce? Czy konieczne jest, żeby państwo organizowało szkolenia dla każdego obywatela, w erze Internetu i powszechnego dostępu do informacji? Raczej nie. Jednakże sprawdzian wiedzy obywatela przed przydzieleniem mu prawa głosu wydaje się koncepcją jak najbardziej racjonalną. Pozwolę sobie zaproponować rozwiązanie.

Postępująca cyfryzacja umożliwia przeprowadzenie wielu procesów zdalnie, z domowego zacisza. Osoby, które nie mają dostępu do Internetu w domu, powinny mieć zapewniony taki dostęp w miejscach publicznych– bibliotekach, świetlicach czy szkołach. Każdy obywatel posiada szereg unikatowych identyfikatorów: numer PESEL, numer i serię dowodu osobistego, numer paszportu.

Należałoby więc stworzyć system informatyczny, który byłby dostępny dla każdego obywatela, każdorazowo przed wyborami, przez racjonalny okres czasu: przykładowo miesiąc. Każdy obywatel musiałby zalogować się do takiego systemu, używając jednego (lub dwóch) unikatowego identyfikatora i przystąpić do sprawdzianu obywatelskiego. W jego trakcie, konieczne byłoby udzielenie odpowiedzi na kilka pytań, związanych
z funkcjonowaniem państwa. Odpowiedzi musiałyby być udzielane w formie pisemnej, nie testowej, z wyłączeniem możliwości kopiowania tekstu ze stron zewnętrznych. Z pewnością sporo osób korzystałoby przy wypełnianiu takiego testu z „pomocy naukowych”, jednak już sam fakt zmuszenia ludzi do znalezienia odpowiedzi na pytania, byłby swoistym sukcesem. Jakie pytania powinny zostać zadane?

  1. Jaki ustrój polityczny panuje w Rzeczpospolitej Polskiej?
  2. Jakie są organy władzy ustawodawczej?
  3. Jakie są organy władzy wykonawczej?
  4. Jakie są organy władzy sądowniczej?
  5. Kto decyduje o wojnie i pokoju?
  6. Jak długo trwa kadencja Sejmu i Senatu?
  7. Jak długo trwa kadencja Prezydenta?
  8. Kto reprezentuje obywateli w strukturach władzy samorządowej?
  9. Jakie istnieją narzędzia odwołania reprezentantów, którzy utracili zaufanie wyborców?
  10. Jakie istnieją narzędzia sprawowania władzy bezpośrednio przez naród?

Oczywiście powyższe, to tylko propozycja. Pytania powinny być proste i zrozumiałe, a odpowiedź na nie powinna być nie dłuższa niż kilka słów. Państwo powinno zawczasu przygotować krótki, treściwy biuletyn, który byłby powszechnie dostępny i jasno tłumaczył kwestie zawarte w pytaniach. Ci, którzy przystąpiliby do sprawdzianu i poprawnie odpowiedzieli na wszystkie pytania, uzyskaliby prawo wzięcia udziału w nadchodzącym głosowaniu. Cele takiego rozwiązania są dwa. Po pierwsze uświadomienie społeczeństwu, że z realizacją prawa głosu wiąże się odpowiedzialność, z której trzeba sobie zdawać sprawę. Po drugie, zwiększenie wiedzy obywateli na temat funkcjonowania państwa i pośrednio zachęcenie ich do samodzielnego zgłębiania tej wiedzy.

Zdasz to zagłosujesz

Propozycja testu kompetencji obywateli, w drodze którego nabywaliby oni prawo głosu, jest pierwszym krokiem do przywrócenia demokracji jej największych walorów. Kolejne kroki powinny dotknąć nie mniej ważkich kwestii: personalnej odpowiedzialności reprezentantów ludu oraz urzędników państwowych za podejmowane decyzje; zwiększenia częstotliwości rotacji urzędników i reprezentantów; zbliżenia suwerena i jego reprezentantów; decentralizacji podejmowania decyzji o mniejszym stopniu ważności dla państwa. Płaszczyzn wymagających naprawy jest wiele. Jednak pokładanie nadziei w tym, że to rządzący zmienią obecny status quo nie jest nawet naiwnością, jest głupotą. Rządy ludu wymagają świadomych i odpowiedzialnych obywateli. Kontynuowanie zrzucania tej odpowiedzialności na innych, zmniejszy i tak już niewielki wpływ ludu na władzę. Wadliwa demokracja rodzi totalitaryzmy, a te jak wiemy z historii, częściej przynoszą wojny i kryzysy niż pokój i dobrobyt.

Maciej Kochanowski

Add comment