Portal Holistic News – o ideach w stylu punk

Eco-friendly: czy opłaca się przepłacać?

Nikt nie ma złej woli, wybierając w supermarkecie produkt
z etykietką „eco-friendly”. Zanim jednak wydamy kilkakrotnie większą sumę pieniędzy na przyjazny środowisku produkt, warto pomyśleć, czy naprawdę koszt, jaki ponosimy, przyniesie wymierne korzyści zarówno naszej planecie, jak i nam samym.

Ruchy less i zero waste, idea zrównoważonego rozwoju, upcycling design, moda second-hand czy lokalne inicjatywy wymiany barterowej. Wspólny mianownik dla każdej idei
i filozofii eko to przeciwstawianie się bezmyślnemu nabywaniu dóbr niskiej jakości
i piętnowanie marnotrawstwa. Założenia słuszne i przyszłościowe, ale czy opłacalne na dłuższą metę? No i kogo stać na bycie eko?

Nie kupuj jak szaleniec, bądź świadomym konsumentem

Influencerzy stylu slow zapewniają, że jeśli zaczniemy kupować mniej, nasze życie stanie się prostsze  i bardziej wartościowe, mniej uzależnione od stanu posiadania, oparte
na „kontemplacji prostych przyjemności”.
W Internecie roi się od blogów, vlogów i kont na Instagramie, z których możemy dowiedzieć się, jak zmienić nasze nawyki
na bardziej przyjazne środowisku.

Gotowi jesteśmy zrobić rewolucję w swoim życiu: zacząć kupować ubrania tylko
w second-handach, mleko tylko w szklanych butelkach, a meble –
tylko z nieprzetworzonych surowców. Zainwestować w domowy kompostownik i zacząć pakować kanapki w wielorazowe owijki z woskiem pszczelim zamiast w papier śniadaniowy.

Czy kiedykolwiek zastanawialiśmy się, jaki faktycznie wpływ mają nasze działania spod znaku less waste na środowisko naturalne?

W mediach społecznościowych istnieją fora, na których użytkownicy dzielą się zdjęciami mebli i sprzętów domowych pozostawionych przy śmietnikach. Pierwszą grupę „Uwaga! Śmieciarka jedzie” założyła w 2016 roku Dominika Szaciłło, graficzka z Warszawy,
kiedy zobaczyła, jak wartościowych okazów pozbywają się jej sąsiedzi na Saskiej Kępie. Pomysł chwycił i po jakimś czasie każde większe miasto w Polsce miało już swoją własną społeczność „śmieciarkową”. Obecnie na Facebooku istnieje ponad 70 takich grup,
z której największa liczy ponad 46,5 tysiąca użytkowników.

Zasada jest prosta: widzisz porzucone przy śmietniku krzesło, szafę,dywan? Jest w dobrym stanie, a przynajmniej w takim, że mogłoby kogoś zainteresować? Robisz zdjęcie i wrzucasz post na grupę, podając lokalizację. Wbrew pozorom nie zdarza się to rzadko – wystarczy przejść się po osiedlu przed planowanym dniem wywózki odpadów wielkogabarytowych (choć – niestety – nie tylko wówczas), żeby zobaczyć, że do śmieci trafiają często meble zupełnie sprawne lub uszkodzone w niewielkim stopniu, które po drobnej naprawie mogłyby jeszcze posłużyć.


Dużo mówi się, że wyrzucamy mnóstwo jedzenia zdatnego do spożycia – rzadko jednak myśli się o marnotrawstwie w kontekście wyrzucania mebli.

Obserwując lokalną grupę, można nie tylko uratować przed marnym końcem krzesła projektu Rajmunda Hałasa, ale także zaoszczędzić pieniądze, które trzeba byłoby wydać na nowe egzemplarze. Bo w założeniu „ruch śmieciarkowy” nieść ma dwojakie korzyści: powstrzymanie nadmiernej konsumpcji (przynajmniej w takim stopniu,
w jakim przyczyniają się do niej zmienne mody wnętrzarskie) i zmniejszenie wydatków związanych z urządzeniem domu czy mieszkania. Według danych udostępnianych przez Agencję Badawczą IQS w ciągu ostatnich 3 lat Polacy wydali średnio 4,5 tysiąca złotych na meble. To stosunkowo niedużo, biorąc pod uwagę fakt, że sprzęty mają służyć kilka, kilkanaście lat, a może nawet i dłużej. Coraz częściej jednak wymieniamy meble nie dlatego, że zużyły się bądź zepsuły, ale ponieważ po prostu przestały nam się podobać.

Mamy taką narodową przypadłość, że zbędne rzeczy trzymamy „na wszelki wypadek” – który nigdy nie następuje, więc w końcu decydujemy, że czas się ich pozbyć. Niektórzy wpadają na pomysł, żeby niechciane przedmioty odsprzedać lub oddać potrzebującym,
ale najczęściej zanosimy je na śmietnik. Łatwiej to zrobić niż użerać się z niezdecydowanymi nabywcami meblościanki z lat 80. czy wozić wory ciuchów po mieście w poszukiwaniu organizacji dobroczynnych, które zechcą je od nas przyjąć.

Czerpiemy garściami z Zachodu

Zapoczątkowana w Niemczech inicjatywa foodsharing dotarła także do Polski i od 2016 roku powstało ponad dwadzieścia jadłodzielni m.in. w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Toruniu czy Zielonej Górze. Można tam zostawiać zdatną do zjedzenia żywność, której nie chcemy lub nie zdążymy zjeść przed upływem terminu ważności. Można też wziąć dla siebie stamtąd to, co zostawili inni – bez względu na to, czy stać nas na zakup jedzenia, czy nie. Choć nie mamy zwyczaju wyprzedaży garażowych, pojawiają się już pomysły organizowania cyklicznych wydarzeń, w czasie których osoby chcące pozbyć się zbędnych sprzętów mogą to zrobić. Na krakowskim Placu na Stawach od tego roku odbywa się co jakiś czas sąsiedzka Wyprzedaż na Salwatorze – w ramach nieodpłatnego udostępniania stoisk handlowych każdy może przynieść i wystawić rzeczy, które nie są mu już potrzebne. Na Facebooku prężnie działają też lokalne grupy wymiany barterowej, gdzie mieszkańcy dzielą się zbędnymi przedmiotami w zamian za drobne produkty spożywcze czy chemiczne.

Bycie eko staje się sposobem na życie. Zdjęcie: Freepik

Kluczem do sukcesu wydaje się odejście od myślenia, że to, na czym nam zbywa, należy oddawać na cele charytatywne. Od kilku lat dzielenie się zaczynamy postrzegać
na zasadzie nie pomocy,a partnerskiej wymiany. Jej uczestnicy są względem siebie równi, nie na pomagających i tych, którym trzeba nieść pomoc – priorytetem staje się jak najpełniejsze wykorzystanie wyprodukowanych dóbr, które osiągnąć możemy wspólnymi siłami i które w efekcie służyć ma nam wszystkim.

Moda na ratowanie starych mebli ze śmietnika w te trendy doskonale się wpisuje. Bardzo często porzucone sprzęty zabierają do domu osoby, które byłoby stać na zakupienie nowych rzeczy. Decydują się oni na przygarnięcie niechcianego mebla, bo chcą być świadomymi konsumentami, widzą w nim potencjał, pieniądze zaś mogą wydać na coś innego, a poza tym – nasz rodzimy design z doby PRL przeżywa obecnie renesans. W dobrym tonie jest zaserwować gościom kawę i ciasto na stoliku projektu Ryszarda Kulma,
a przynajmniej posadzić ich na agach Chierowskiego, zaznaczywszy uprzednio,
że zdobyliśmy te perełki na osiedlowym śmietniku.

Uratowane i co dalej?

Przyniosłam kiedyś spod pobliskiej altany śmietnikowej piękne krzesło z giętego drewna. Potrzebowałam wtedy czegoś do siedzenia przy biurku, ale wszystko, co mi się podobało, było stanowczo za drogie – a to krzesło wyglądało, jakby tylko na mnie czekało. W ładnym głębokim brązie, z nóżkami o wdzięcznej linii i z półokrągłym oparciem. Naklejka zerwana, ale wyglądało na zakłady z Radomska. Problem był tylko jeden: uszkodzony fornir sprawiał, że siedzisko zapadało się i krzesła w takim stanie nie dało się użytkować.

Zafascynowana modą na meble z odzysku postanowiłam, że je naprawię – ale schody zaczęły się już na samym początku: skąd wziąć fornir? gdzie zdobyć narzędzia, którymi da się wyciąć odpowiedni kształt siedziska? W Internecie niemało jest ofert warsztatów, które wprowadzić mają amatora mebli z odzysku w tajniki renowacji. Zajęcia jednak wcale nie należą do najtańszych, bo za kilka godzin zapłacić trzeba nieraz kilkaset złotych. Można próbować darmowych poradników dostępnych online – początkujący dość szybko przekonają się jednak, że wymiana forniru czy tapicerki to przede wszystkim kurz, śmierdzące chemikalia i spory bałagan w domu.

Nie każdy posiada odpowiednie warunki, żeby rozkładać w mieszkaniu cały warsztat,
nie mówiąc już o tym, że nie każdy ma w domu odpowiednie narzędzia, żeby przeprowadzić renowację mebla. Do renowacji mebla (oczywiście nie bez mojej winy) nie doszło. Krzesło stało ponad rok, służąc za miejsce składowania tej niewygodnej kategorii ubrań, którą można opisać jako „za brudne do szafy, za czyste do prania”.

Slow w wersji fast

Nie mamy czasu, żeby godzinami odnawiać stare fotele. Pracujemy czterdzieści godzin tygodniowo, odwozimy dzieci do przedszkola, uczymy się do egzaminów, spędzamy czas
z przyjaciółmi. Pewnie każdemu, kto uratował jakiś mebel z wystawki, zdarzyło się
po pewnym czasie wynieść go z powrotem na śmietnik. A mimo wszystko chcielibyśmy mieć wpływ na to, żeby produkowano mniej, zużywano mniej surowców naturalnych, robiono to w sposób etyczny i wspierający lokalny przemysł. Co pozostaje?

Moda na meble z odzysku. Autor: Kues1

Można dać swoje pieniądze tym, którzy wiedzą, jak to zrobić – jak odnowić stare meble
albo zrobić je z niepotrzebnych przedmiotów, starych rur czy palet. Upcycling jest w cenie
i powstaje coraz więcej firm, które specjalizują się w produkcji takich sprzętów.
REC.ON to małe przedsiębiorstwo meblarskie założone przez Paulinę i Bartosza Bieleckich. Projektowane przez nich sprzęty tworzone są ze zużytych części samochodowych
czy drewna pochodzącego z rozbiórek domów. Czasem są to też stare meble, np. szpitalne szafki, które po renowacji zyskują nowe życie i mogą z powodzeniem zdobić niejeden nowoczesny salon.

Jak piszą Bieleccy na swojej stronie, najbardziej dumni są z tego, że dzięki wykorzystaniu przedmiotów w nieprzetworzonej formie skutecznie przyczyniają się do redukcji odpadów. Ponadto upcycling nie wymaga zużycia dodatkowej energii potrzebnej do ponownego uzdatnienia surowca, nie powstają więc zanieczyszczenia nieuniknione przy tradycyjnie rozumianym recyklingu. Twórcy marki REC.ON podkreślają, że ich biznes narodził się z troski o środowisko naturalne. Siebie samych przedstawiają jako parę w stylu slow, która czerpie inspirację z otaczającej przyrody. Najlepsze pomysły przychodzą im podobno do głowy na urlopie, z dala od codziennej bieganiny. Ich komoda zrobiona ze starych szafek szkolnych zachwyca pomysłowością, jest bardzo stylowa i wpisuje się w modę na styl industrialny. Kosztuje też ponad dwa i pół tysiąca złotych.

To, co miało być wartością pozyskiwania mebli z drugiej ręki – niskobudżetowość i dostępność materiałów – gubi się w pogoni za trendem. Jeśli nie mamy czasu i umiejętności, żeby poddać renowacji stare meble lub zrobić nowe ze zużytych przedmiotów (a często nie mamy), okazuje się, że eco-design jest luksusem, na który mało kogo stać. A nawet jeśli stać, to warto się zastanowić, czy zamiast urządzać swoje mieszkanie meblami od niszowych eko-marek nie byłoby pożyteczniejszym – i dla naszego portfela, i dla środowiska – przekazanie tej kwoty na inne cele.

To wszystko kłamstwo?

Alden Wicker jest dziennikarką specjalizującą się w tematyce zrównoważonego rozwoju, prowadzi też na Instagramie konto @ecocult. W marcu 2017 opublikowała na łamach pisma „Quartz” tekst zatytułowany „Świadoma konsumpcja jest kłamstwem”. Przekonywała w nim, że jednostkowe działania i trendy proekologiczne nie mają realnego wpływu na kondycję naszej planety, o ile nie idzie za nimi zmiana systemowa. Meble z odzysku są tego najlepszym przykładem – bo poprawiają głównie samopoczucie ich nabywców, którzy w pogoni za eko-trendami wpadają w pułapkę tzw. feel-good economy. Mają poczucie, że dobrze wydają pieniądze, bo wspierają drobny lokalny przemysł oparty na technologiach przyjaznych środowisku – jednak wpływ ich działań na kondycję gleby, stan wód gruntowych czy czystość powietrza w regionie jest de facto znikomy.

Problem ten Maria Csutora z Uniwersytetu Korwina w Budapeszcie określiła jako Behaviour-Impact Gap, czyli rozdźwięk pomiędzy tym, co robimy dla środowiska, a tym w jakim stopniu nasze zachowania rzeczywiście na nie wpływają. Ponadto bycie eko nierzadko przybiera formę snobizmu, który łatwo wykorzystać: Csutora podaje dla przykładu, że na rynku obecny jest ekologiczny papier, niepoddawany chemicznemu wybielaniu – oczywiście droższy niż papier bielony. Jak się okazuje, jest to taki sam produkt jak szarawy papier drugiej kategorii sprzedawany w dużo niższej cenie.

Okazuje się, że wiele działań – choć ma szlachetne motywacje – jedynie pozornie coś zmienia.

Podobne obserwacje mieli autorzy raportu „Fostering and Communicating Sustainable Lifestyles: Principlesand Emerging Practices” przygotowanego na potrzeby UNEP, Programu Środowiskowego Organizacji Narodów Zjednoczonych. Przeanalizowali oni kilkanaście inicjatyw proekologicznych z całego świata, by stwierdzić, że często skupiamy się na tych obszarach naszego życia, które wcale nie są najbardziej istotne dla ochrony środowiska, a ignorujemy decydujące czynniki. Promujemy energooszczędne rozwiązania w budynkach mieszkalnych, podczas gdy więcej energii zaoszczędzilibyśmy, budując po prostu mniejszy dom.

Trzeba działać

Nikt nie ma złej woli, wybierając w supermarkecie produkt z etykietką „eco-friendly” czy komodę od niszowego producenta mebli z odzysku. Zanim jednak wydamy kilkakrotnie większą sumę pieniędzy na przyjazny środowisku produkt warto pomyśleć, czy naprawdę koszt, jaki ponosimy, przyniesie wymierne korzyści zarówno naszej planecie, jak i nam samym.

Autorzy raportu UNEP podkreślają, że konsumpcja dóbr ma charakter systemowy – uzależniona jest m.in. od polityki, kultury, infrastruktury i rynku. Dopiero zmiana na wyższym szczeblu organizacji społeczeństwa jest w stanie realnie wpłynąć na stan środowiska naturalnego. Regulacje prawne dotyczące jednorazowych opakowań z plastiku mogą zdziałać dużo więcej niż moda na bawełniane torby z zabawnymi napisami, a programy dofinansowania środków transportu publicznego skuteczniej zachęcą do korzystania z autobusu niż hashtagi na Instagramie.

Podstawą dla znaczącej zmiany musi być całościowe spojrzenie na życie człowieka i jego wpływ na środowisko naturalne, a konkretne rozwiązania trzeba systematycznie weryfikować. I co najważniejsze: nikt nie dopilnuje tego za obywateli, czyli za nas. “Więc jeśli naprawdę zależy ci na środowisku”, przekonuje Wicker, „rusz tyłek ze swojego drewnianego krzesła z odzysku i idź na spotkanie rady miasta”.

Dominika Kardaś

Add comment