Portal Holistic News – o ideach w stylu punk
Etyczni mięsożercy, czy to już oksymoron?

Etyczni mięsożercy, czy to już oksymoron?

Co nam dziś po mięsie? 

Les anti-viande. Tak we Francji mówi się – a mówi się często i dużo – o ekstremistycznych bojówkarzach, którzy regularnie wandalizują rzeźnie i masarnie na terenie kraju. A więc nie tyle weganie, ile przeciwnicy samego konceptu mięsa – pomysłu polegającego na przemianie żywotnego organizmu w sztuki porcjowane na kilogramy. Kiedy w marcu tego roku podczas ataku terrorystycznym ISIS na supermarket zginął rzeźnik, jeden z francuskich aktywistów wegańskich skomentował to pisząc w poście, że „śmierć mordercy z rąk terrorysty” nie powinna szokować ani budzić współczucia. Za te słowa sąd wymierzył mu karę pozbawienia wolności w zawieszeniu, z obowiązkiem publicznych przeprosin. W tym samym czasie odwołana została z kolei duża wegańska impreza w Calais. Powodem miało być spodziewane zagrożenie ze strony para-militarystycznej grupy niejakich „zwolenników mięsa”.

            Umówmy się, dieta wegańska, z punktu widzenia etyki, jest raczej łatwa do obronienia. Pytanie, czy istnieje dziś choć jeden dobry powód za jedzeniem mięsa przemawiający. A może moment dojrzał do tego, byśmy pokusili się o etyczną rewizję zawartości naszych talerzy? Racje obrońców zwierząt to tylko jeden z wielu możliwych tematów do rozmowy i, zdaje się, że – nie najpilniejszy.

Temat mięsa od pewnego czasu powraca regularnie i to bynajmniej nie z samej inicjatywy wegańskich alarmistów. Sama decyzja o przejściu na dietę wegańską coraz częściej bywa konsekwencją np. troski o zdrowie (podejrzana jakość i skandaliczna obróbka termiczna mięs), lub troski o środowisko (nadprodukcja, zużycie zasobów naturalnych,  wysoka emisją dwutlenku węgla). Nie sposób pozostać głuchym na problemy, które generuje ten przemysł. Dlatego wybór diety może i jest sprawą indywidualną, ale nie ma się co łudzić, że jest sprawą ściśle prywatną. Jak wiadomo, przemysłowe hodowle mięsne nie są dla środowiska ani neutralne, ani dobroczynne. Czy wobec tego wypada tak beztrosko raczyć się jego produktami. Ciekawe, w imię czego zawalczyliby bojownicy pro-mięsni, gdyby wegański festiwal w Calais jednak się tego roku odbył. Pytanie również, czy eskalujący podział społeczny na zacietrzewionych mięsożerców i ich przeciwników jest nam obecnie potrzebny. Czy w obronie mięsa jest o co kruszyć kopię? Czy jako produkt fabryczny mięso jeszcze się dziś broni?

Etyka talerza

            Nawyki żywieniowe często po prostu automatyczne przejmujemy z domu, dopiero z czasem – o ile w ogóle – wypracowujemy w sposób odpowiedzialny i etyczny. Świadomy konsument nie jedno ma imię, a edukacja w zakresie żywienia to pozytywny trend – tylko że dopiero ostatnich lat. Chyba tylko dlatego wciąż nieźle ma się jeszcze przekonanie, że tzw. dieta normalna – mięsna to opcja na pewno światopoglądowo bezpieczna i etycznie neutralna.


Zdaniem naukowców z Oxford Martin School, gdyby ludzie zrezygnowali z konsumpcji mięsa, to jeszcze przed rokiem 2050 można by o 2/3 zmniejszyć emisję gazów cieplarnianych związanych z produkcją żywności, zmniejszyć wydatki na opiekę zdrowotną (o 1 miliard rocznie) oraz uniknąć zniszczeń o wartości 570 miliardów dolarów, do których może doprowadzić globalne ocieplenie.[1]

            Istnieją teorie, zgodnie z którymi apetyty miałyby wynikać z naturalnych predyspozycji dziedzicznych lub grupy krwi. Rzeczywiście niełatwo rozstrzygnąć, na ile nasze upodobania determinuje natura, a na ile przyzwyczajenia. Natomiast trudnej już poważyć fakt, że mięso i jego pochodne nie tylko są w pełni zastępowalne, ale i odbywa się to z wielokrotną korzyścią dla zdrowia konsumenta, dobrostanu zwierząt, a także – dla środowiska. Sęk oczywiście nie w tym, czy moje jedzenie odpowiada mi osobiście, lub czy mam przyzwoitą dietę dla mojego zdrowia. Co jest dobre tylko dla mnie, nie stanowi jeszcze o wymiarze etycznym. Chodzi raczej o to, czy kupując, przyrządzając, wreszcie zjadając swojego kotleta uznajemy to za naganne, neutralne czy dobre. Wybór diety mięsnej – przy dzisiejszym stanie wiedzy na temat jego reprodukcji oraz jej różnorakim a katastrofalnym szkodom dla środowiska –  po prostu nie może być wyabstrahowany z kontekstu etycznego.

Wszyscy jesteśmy specistami?

Zacznijmy od tego, że aby bronić diety mięsnej, trzeba przyjąć pewne założenie. Założenie to mówi, że między człowiekiem a zwierzęciem istnieje różnica na korzyść tego pierwszego. W praktyce oznaczy to tyle, że moralnej ochronie powinni podlegać ludzie, a co najwyżej w drugiej kolejności (i to też względnie) przysługuje ona zwierzętom. To wreszcie przysługuje czy nie przysługuje? Zdaniem australijskiego etyka  Petera Singera, powyższe założenie jest szowinizmem gatunkowym. Koktajl z rasizmu i szowinizmu to nic twarzowego. Ale jeśli rzeczywiście jako społeczeństwo jesteśmy specistami, to chyba niezbyt konsekwentnymi, skoro w Polsce sąd orzeka w sprawach karnych o znęcanie się nad zwierzętami: można za to trafić do więzienia, ponieść odpowiedzialność finansową, a od nie tak dawna – zostać objętym zakazem posiadania zwierząt do lat dziesięciu. To pokazuje, że specizm wcale nie  zadomowił się u nas aż tak dobrze jak np. jedzenie mięsa. Zdaniem Singera, jedno z drugiego wynika. Ale prawda leży zapewne gdzieś po środku. Nasz polski specizm obejmuje tylko poszczególne zwierzęta: najczęściej te, które zjadamy; pozostałe traktujemy z niezobowiązującą empatią. Jednocześnie przecież doskonale wiadomo, że na innych  szerokościach geograficznych wołowina jest świętą krową, świnia uchodzi za niezdatną do spożycia, a pies i owszem; gdzieś tam jedni okadzają homary dymem z marihuany tuż przed ugotowaniem ich żywcem, a inni wynajmują dwupokojowe mieszkania, by w jednym z pomieszczeń trzymać udomowione króliki, które pozostali – np. posiadacze uroczych chomików – zjadają z jabłkiem, majerankiem i smakiem.

Eko-mięsożerność?

Decyzja o wykluczeniu ze swojego jadłospisy mięsa to dziś żadną rewolucją a krok wybitnie radykalny. Nic dziwnego, bo istnieje wiele równie dobrych powodów do rezygnacji z kupowania mięsa niż sama wynikająca z tego decyzja o jego niespożywaniu. Jeżeli komuś robi to wydatną różnicę, czy cierpi akurat jego własny kotek, czy zwierzyna z chowu, to  może przynajmniej obchodzi go np. los naszej planety i jej populacji. Bo ta w dziarskim tempie zmierza do degradacji, popychana palcem, i to bynajmniej nie boskim.

Dobra wiadomość dla amatorów mięsiw i nabiału: obrona ich żywieniowych preferencji jest możliwa – nawet z punktu widzenia ekologii. Oczywiście, pod pewnymi warunkami. Na przykład: musielibyśmy zaprzestać objadania się mięsem, czyli ograniczyć jego aktualne spożycie do odpowiadającego zaledwie (realnym i mierzalnym) zapotrzebowaniom. Okazjonalna mięsożerność z wyraźną tendencją bio-wegańską, zdaniem Petera Singera. realizowałaby model zwany moralną wszystkożerność. Tymczasem, jak jest? W ostatniej dekadzie spożycie pokarmów mięsnych na świecie wzrosło o ponad 20 procent, a tendencje są wciąż – za wyjątkiem Szwecji – raczej zwyżkowe. Jak wynika z badań, mięsem obadamy się ponad potrzeby i z dość beznadziejną (bo niepotrzebną) szkodą dla zasobów naturalnych. Jeśli wierzyć sondażom – Polacy, gdyby byli bogatsi, jedliby mięsa jeszcze więcej. Z kolei w Stanach Zjednoczonych, fastfoodowe wersje posiłków mięsnych, są podstawą najtańszej diety przeciętnego obywatela. Obliczono, że gdyby jednego dnia w tygodniu każdy amerykański obywatel powstrzymał się od zjedzenia mięsa, w krótkim czasie wywarłoby to dodatni wpływ na całą (globalną) atmosferę.

Ale nawet zakładając tak radykalną zmianę nawyków konsumenckich, pozostaje jeszcze kwestia transformacji systemu przemysłowego. Produkcja uwzględniająca realne zasoby przyrody oraz rozsądną dietę prawdopodobnie byłaby możliwa do udźwignięcia dla środowiska. Bo obecna, jak wiadomo, tej zalety nie ma. Rolnictwo przemysłowe znacznie przyczynia się do nieuchronności ekologicznych katastrof. Dzieje się tak choćby w kontekście zastraszających zmian klimatycznych. Przykład: nadprodukcja CO2, którego sam przemysł mięsny emituje więcej niż transport samochodowy, powietrzny, kolejowy i wodny razem wzięte. Innym rodzajem szkód środowiskowych jest nadmierna konsumpcja zasobów naturalnych. Lista pozostałych występków jest długa.

Tylko świnie jedzą świnie?

Pisarz, noblista J. M. Coetzee, skądinąd znany ze swoich ze swoich pro wegańskich zapatrywań, tytułowej bohaterce swojej powieści wkłada w usta między innymi takie słowa:


Wokół nas funkcjonuje olbrzymia fabryka upodlenia, okrucieństwa i mordowania, która dorównuje wszystkiemu, do czego zdolna była Trzecia Rzesza, a w gruncie rzeczy bije ją na głowę pod tym względem, że jest przedsięwzięciem bez końca, samo odradzającym się, produkującym w nieskończoność króliki, szczury, drób, bydło, po to, żeby je zabijać.

Analogia co najmniej dyskusyjna, ale też i niespecjalnie nowa. Argumenty dotyczące cierpienia zwierząt od lat podgrzewają atmosferę zimnej wojny na linii wegetarianie – mięsożercy. Hodowane w trudnych warunkach, zwierzęta przeznaczone na ubój są zwykle brutalnie i okrutnie zabijane, co wedle naszych standardów jest praktyką zbliżoną do morderstwa, o ile nie do tortur – tyle chce zgromadzonym na auli słuchaczom przekazać tytułowa bohaterka Elizabeth Costello. Ale powieściowa porte-parole noblisty nie jest naiwna – wie dobrze, że podobne argumenty straciły swoją siłę rażenia i dziś już raczej nikogo nie zaszokują; zresztą właśnie dlatego decyduje się na zwietrzałą prowokację, przewidując słusznie, że cyniczne audytorium tego nie podchwyci.

Nieszczęsna trzody chlewne, lisy i norki obdzierane żywcem ze skóry, gryzonie maltretowane w laboratoriach – słyszy się tu i tam od dawna. Jako speciści od dawna zbyt wiele mamy naszym mięsom do zarzucenia, by energicznie walczyć z jego przeciwnikami. Nie ma nic naturalnego w kurze, której podaje się stymulatory wzrostu i hoduje w szopie z kilkudziesięcioma tysiącami innych, ani w krowie, która z paszą wchłania niewiadome ilości antybiotyków. I jeśli coś gorszy i przeraża rzeczywiście, to raczej wiadomości o fatalnej kondycji zwierząt hodowlanych czy mocno podejrzane procesy obróbki termicznej mięs (w kółko mrożonych i rozmrażanych aż do zzielenienia ). Wszystkie obawy przed „antybiotykami, hormonami i odżywkami” zjadanymi na przykład z kurczakiem, same w sobie okazują się nie gorszym powodem do rezygnacji z mięsa, niż współczucie, którym kierując się obrońcy sprawy zwierzęcej. 

Alternatywy

Poza tym, istnieją jeszcze pewne formy produkcji i konsumpcji mięsa będące alternatywą dla diety mięsnej jako takiej.

Na początek coś z kategorii ciekawostki. Z nader ekstrawaganckim pomysłem wystąpił nie tak dawno jeden z amerykańskich uczonych. Przeciwny marnotrawstwu Donald Bruckner, zaproponował mianowicie całkowitą rezygnację z hodowlanego mięsa na rzecz zjadania padlin zwierząt dzikich, pochodzących z wypadków drogowych. Propozycja wydawałaby się aż nadto ekscentryczna, gdyby autor pomysłu nie pokazał na liczbach, że jego rozwiązanie mogłoby okazać się nie tylko satysfakcjonuje etycznie, ale również ilościowo. Oczywiście trudno sobie wyobrazić logistyczne wdrażanie tego typu pomysłu, ale i temu Bruckner wychodzi naprzeciw, szkicując obiecująco sprawny system, który w niedługim czasie podołałby zaspokajaniu mięsnych potrzeb obywateli USA.

Z podobnych założeń wychodzi beefizm. Czyli utylitarystyczny pogląd różnicujący ocenę moralną spożywania poszczególnych rodzajów mięs, ale rekomendujący spożywanie nie padliny, a wyłącznie wołowiny  – w myśl zasady lepszego zła. Rozległe krzywdy zwierząt, których hodowlane życie cechuje niższa jakość (świnie i drób) nie są konieczne, gdyż nasze potrzeby doskonale zaspokoi już sama wołowina z ekstensywnych hodowli – utrzymują beefiści z Peterem Singerem na czele. Życie wołów jest o połowę dłuższe i cechuje je wyższa jakość. Szczęśliwe krowy zapewniałyby więc moralnie lepszą jakość pożywienia, bo ilość krzywdy przy jego pozyskiwaniu jest po prostu mniejsza.

Etyczny feksitarianin?

W jakich warunkach dieta mięsna może być etycznie uzasadniona? Zdaniem francuskiego filozofa, Thierry’ego Ménissiera, możliwości taka istnieje w ramach świadomej i etycznej relacji, a więc niezgody na to, by  – w procesie reprodukcji – żywe stworzenie zamieniło się w towar. Zakupy w hipermarkecie zastają kupującego w kontakcie z mięsem, by się tak wyrazić,zdezanimalizowanym. Ciało zwierzęcia, które kupuje się już spreparowane do konsumpcji, wcześniej umieszczano w kawałkach na linii produkcyjnej; jeszcze na długo przed prezentacją w supermarkecie zdążyło stać się anonimowe. Nikt nie wie, czy jego bigos ufundowały kości pozyskane z jednego czy z wielu zwierząt; w odważonych sztukach mięsa występują części kilku różnych egzemplarzy. Brzmi to trochę makabrycznie, pewnie dlatego sam przemysł mięsny stawia właśnie na niewidzialności zwierzęcia.

Skoro trudno doszukać się bezpośrednich etycznych pożytków, płynących z jedzenia mięsa, to może przynajmniej dałoby się jakoś moralnie usprawiedliwić dietę mięsożercy? Według francuskiego filozofa,  Thierry’ego Ménissiera jest to możliwe w ramach świadomej relacji, która polegałaby na „pełnej i kompletnej obecności zwierzęcia jako istoty w całym procesie konsumpcji”. Należy przez to chyba rozumieć, że etycznie jada mięso po prostu ten, komu towarzyszy przy tym świadomość, że zjada ciało innego stworzenia. To oczywiście rodzaj rytuału, nawet jeśli tylko myślowego. Bo czym jest „świadome obcowanie ze wspólnotą wymiany, która obejmuje hodowlę, ubój, przetwarzanie i przygotowanie mięsa ze zwierzęcia” oraz „świadomość, że każdy człowiek spożywający mięso, jest niejako zadłużony u zwierząt.” Z drugiej strony, ciągnie Ménissier, konsument mięsa nie jest zwolniony z troski o kulturę przekształcania zwierząt w mięso. Niehumanitarne warunki przetrzymywania, okrutne formy uboju, brak szacunku do przyrządzanej żywności, nieeleganckie lub lekceważący prezentacja kawałków mięsa na stoisku lub tabeli – wszystkie te rzeczy jego zdaniem należałoby uznać za naganne. Choć wydaje się, że przynajmniej część z nich należy raczej do dziedziny estetyki. „Etyczny wszystkożerca” Petera Singera z zasobów masarni korzysta z założenia rzadko. Sprzeciwia się też przemysłowym formom zorganizowanego zapomnienia o dobrostanie, a wręcz obecności zwierząt i za cel stawia sobie rozsądny i pełen szacunku stosunek do jedzenia. O ile więc moralna mięsożerność wydaje się możliwa, to jako taka nie należy do cnót raz na dobre nabytych. Chcąc zostać etycznym, nie tylko przeciętnym zjadaczem mięsa, trzeba przyjąć wymagającą zaangażowania rolę, która ma za cel nadanie znaczenia działaniu człowieka oraz jego relacji ze światem zwierząt.


Niemoralny weganizm?

Najwyraźniej nawet dieta wegańska nie jest bezdyskusyjnie korzystna. Komu szkodzi wstrzymywanie się od pokarmów mięsnych? Skoro moralna opieka obejmować ma wszystkie zwierzęta, to za równie naganną etycznie należałoby uznać krzywdę krowy co na przykład, myszy polnej – dowodzi Steven Davis – Szkoda wyrządzona dzikim zwierzętom poprzez hodowanie warzyw jest większa niż łączna szkodliwość dla dzikich i domowych zwierząt wynikająca z pozyskiwania dużych roślinożerców na pastwisku. Na polach uprawnych ginie wiele królików, myszy polnych, ptaków gniazdujących na ziemi, nawet dzikich indyków i licznych płazów. Natomiast każdego roku podczas żniw rzekomo ulega rozdrobnieniu około połowa okolicznych królików i znaczna część pozostałych małych ssaków, ptaków lądowych i gadów. Dlatego, zdaniem Daviesa, odżywianie się wyłącznie produktami pochodzenia roślinnego nie jest dobrym rozwiązaniem, i o ile to możliwe, powinniśmy skupić się na poszukiwaniu alternatywnych źródeł pozyskiwania mięsa. Co więcej, według badacza, jedzenie niektórych mięs (patrz: padlinożerstwa lub beefizm) jest wręcz moralnie obowiązkowe (na rzecz myszy polnych, królików i in.).

Co jeśli całkowicie zrezygnujemy z jedzenia mięsa?

            Za etyczne uznaje się stanowisko, nadające sens ludzkiemu działaniu, pragnące zidentyfikować i zakazać tego, co szkodzi innym. Gdyby się tej definicji trzymać, nawet pomijając cierpienia zadawane zwierzętom hodowlanym – już samo ich zabijanie w celu spożycia, choćby najbardziej humanitarne – wydaje się moralnie nieuzasadnione. Zwłaszcza, że istnieją  inne, łatwo dostępne, doskonale odżywcze, nieżywotne źródła pożywienia. Jednak przemysł hodowlano-masarniczy stanowi największą branżę w całym przemyśle spożywczym. Nietrudno sobie wyobrazić, ile milionów zjadaczy chleba, zjada go dzięki pracy w szeroko pojętym rolnictwie hodowlanym i przemyśle mięsnym. Ale skoro etyka, to także jej nieubłagana logika – jeśli cudza szkoda odbywa się z cudzym pożytkiem, nie oznacza to, że sama w sobie jest dobra i warta obrony. Co więc stanie się z przemysłem mięsnym, gdy kiedyś zechcemy zrezygnować z jego produktów? 

            Może przeorganizuje się w przemysł sztucznego mięsa? Spośród wszystkich innych możliwości, ta wydaje się najbardziej prawdopodobna. Pierwszy hamburger z próbówki został wyprodukowany i zjedzony w 2013 roku.  Kosztował trzysta tysięcy dolarów, które zapłacił współzałożyciel Google’a Sergey Brin. Dziś sztuczne mięso powoli wychodzi z nowinkarskiej niszy dla ekstrawaganckich milionerów – na terenie niektórych stanów można je już dostać w sklepie. Mięso stworzone z komórek zwierzęcych w procesie, który nie powoduje cierpienia zwierząt, u wielu budzi jednak moralne opory. Aczkolwiek wszystko wskazuje na to, że spośród dostępnych nam rozwiązań, właśnie to jest optymalne i satysfakcjonujące wszystkich – zarówno z punktu widzenia etyki, jak i ekologii (a także – co może równie ważne – dietetyki).

 Zjeść mięso i zachować mięso

            Od około dwustu pięćdziesięciu tysięcy lat zwierzęta zaspokajają apetyt naszego gatunku na mięso. Jednak wraz ze wzrostem populacji, wciąż wzrasta też popyt na mięso, nabiał czy skórę – hodowla tak ogromnych ilości zwierząt stała się zbyt poważnym wyzwaniem dla środowiska. W sierpniu tego roku ukazało się polskie wydanie niezwykle popularnego na Zachodzie Czystego mięsa. Paula Shapiro. autor, rysuje w niej przyszłość przemysłowej produkcji mięsa. Mięso sztuczne, jak dowodzi, nie jest alternatywą, ale jest po prostu czystym mięsem, wyhodowanym z komórek zwierzęcych. Wspomniany tu już Peter Singer – autor bestsellera Wyzwolenie zwierząt, a także profesor etyki (na Princeton), napisał o niej, że jest najbardziej aktualną i pouczającą książkę o transformacji, która niebawem czeka sposób produkcji jedzenia. Sztuczne mięso to nie science fiction.  I  jeśli wierzyć niektórym etykom – również nie „grzech”. A wreszcie sztuczne mięso za ladą to już tylko kwestia czasu –  biorąc pod uwagę rozmach wynalazców i inwestorów, dążących do komercjalizacji pierwszych na świecie produktów zwierzęcych wyhodowanych bez zwierząt.

[1]                                                                               https://www.oxfordmartin.ox.ac.uk/news/201603_Plant_based_diets

 

Paulina Żebrowska-Zadrożna

Add comment