Portal Holistic News – o ideach w stylu punk
Jak napisać bestseller i nie zostać doktorem nauk

Jak napisać bestseller i nie zostać doktorem nauk

Warszawa, rok 1939. Po siedmiu latach żmudnej dłubaniny w archiwach pewien doktorant na wydziale historii Uniwersytetu Warszawskiego przedłożył nareszcie gotową, pięciuset stronicową dysertację na temat czasów stanisławowskich. Terminu obrony jednak nie wyznaczono. Praca została przez komisję rozpatrzona odmownie.

Między sprostowaniem urzędowym a obwieszczeniem o licytacji

Umówmy się – większość rozpraw naukowych to dzieła nawet przy najlepszych chęciach niejadalne, bo podane w sposób niejadalny. Jakby bardzo by więc nie były rewolucyjne, to najczęściej i tak kończą w piwnicy, w pleśni i w zapomnieniu, a potencjalny czytelnik pozostaje z głębokim lekceważeniem dla ich istnienia i zawartości. Oczywiście bywają pewne wyjątki od tej niewesołej reguły. A bywają i takie, co swoim impetem i brawurą przerastają najśmielsze ze skromnych oczekiwań.

„Mam dość wiadomości na napisanie pół tuzina rozpraw doktorskich. Nasłuchałem się ich dużo, wiem, jak powinny wyglądać: meeeee — meeee — muuuu… Coś pośredniego między sprostowaniem urzędowym a obwieszczeniem o licytacji” – z sobie właściwą dezynwolturą zadeklarował we wstępie autor książki historycznej o czasach stanisławowskich (1938)  Karol Zbyszewski.

Szorowanie szczotką ryżową

Trzydziestopięcioletni wówczas Zbyszewski nie nosił okularów i skórzanego neseseru. Przeważnie albo rozbijał się po Polsce motorem, albo z sukcesami grywał w tenis, a w międzyczasie pisywał tu i tam, m.in. na łamach „Prosto z mostu”, gdzie dawał wyraz swoim zapatrywaniom w rubryczce pod adekwatnym tytułem Ryżowa szczotka.

Nie zasłynął z dyplomacji. Co pomyślał, to napisał bez koronek i aluzji, za to w zgodzie z własnym temperamentem – a mieścił się w nim głównie masywny paszkwil. Toteż rozliczni pokłuci jego piórem – o kobietach, na przykład, zasadniczo pisywał nie inaczej jak kuchty lub kluchy – i bez zaglądania do książki Zbyszewskiego, mieli o niej pewne wyobrażenie.

Bestseller w natarciu

Tak czy inaczej, nakład Niemcewicza od przodu i tyłu, bo tak rzecz Zbyszewski zatytułował, rozszedł się błyskawicznie. W atmosferze skandalu pospieszono szykować dodruk. Tymczasem główny bohater książki, Julian Ursyn Niemcewicz – zwany przez swego monografistę Juliankiem – święcił być może dni największej sławy. Znalazłszy swego odbrązawiacza, powrócił w stylu brawurowym i w trójwymiarze. Autor Powrotu posła, jeden z rekordzistów w dziedzinie nieprzeczytań na liście szkolnych lektur, znany jest zresztą do dziś. Głównie z nazwiska.

Kilka miesięcy później, jeszcze tego samego roku, ukazuje się drugie wydanie Niemcewicza od przodu i tyłu, a w nim nowy wstęp Zbyszewskiego, zawierający ad vocem kilkunastu zgorszonym jego pracą polemistom. Zbyszewski używając tam sobie niewybrednie na adwersarzach,  nie zapomina argumentacji ubarwić kilkoma inwektywami. Uprzejmie zgadza się z jednym profesorem, resztę turbuje, a na sam koniec od niechcenia  jeszcze przytykuje skamandrycie Słonimskiemu za to, że ten w ogóle ośmielił się zabrać głos w sprawie.

Kluchosław i rublochlapy

Skoro przebrnęliśmy przez wstępy, rzućmy okiem na spis treści. Jest tu kilka rozdziałów poświęconych ostatniemu królowi elekcyjnemu, w książce akurat dość konsekwentnie zwanemu Kluchosławem (tu np. rozdział 86.: Szpetny sknera, tłusta fujara, skończona niezdara). Jest też co nieco o kulisach przekupstw i matactw, jakich dokonywali targowiczanie (Rublochlapy w akcji), a także cokolwiek o szczegółach carskich aresztów (W promieniu klozetu). To tylko trzy spośród stu innych rozdziałów o niemniej ekstrawaganckich tytułach.

Brutalna swada i humor rubaszny

Ta niemała książka została utkana z ciasno upchniętych obok siebie anegdot, które odmalowują sceny wydarzeń kluczowych dla historii Polski wraz z jej słynnymi bohaterami. To ma do siebie styl autora, że pod jego wpływem błahy fakt urasta do (nieprzyzwoicie) śmiesznego, a wszystkie składają się na jeden wielki, szpetny fresk. Zamiast oglądać Czartoryskich i Niemcewiczów z półprofilu wykutego w marmurze, Zbyszewski ogląda ich od przodu i tyłu, a pretekstem do tego staje się biografia nieszczęsnego Julian(k)a Ursyna Niemcewicza, której szczegóły okazują się tak pikantne, że aż niecytowalne.

Powiedzieć, że Zbyszewski obala mity, to nie powiedzieć nic. Gestem odwrotnym do Sienkiewiczowskiego, gwałtem i przemocą wyciąga z archiwów pokryte kopciem figury historyczne, ożywia je i wyrównuje z nimi rachunki. Metodę naukową ma taką: chłoszcze śmiechem dawne obyczaje, pokrzykuje, a szaleje: mierzy litraże ówczesnych gardeł, wydobywa zza pasów olbrzymie szlacheckie brzuchy, a z pamiętników błędy ortograficzne. Tak uzbrojony, ujeżdża historię-nauczycielkę-życia jak kobyłę. Dopisuje do wszystkiego  dialogi, okrasza brutalną swadą, dodaje cokolwiek drastyczny humor, dokumentuje niemal dwustoma źródłami  i – voila, przedkłada komisji doktorskiej przy Uniwersytecie Warszawskim.

Julianek et consortes

Kogo tu nie znajdziemy. Jest król Stanisław August Poniatowski: „Julianek dostąpił zaszczytu ucałowania ręki, która była królewską za to, że zręcznie miętosiła tłuste łono Katarzyny”. Jest Adam Czartoryski na tle swego pałacu: „Książe Adam mieszkał w Warszawie na Senatorskiej, w obdrapanym pałacu, zwanym Błękitnym, bo niegdyś pomalowany był na niebiesko farbką do prania.” Oraz piękna księżna Izabela, która „byłaby nią może istotnie, gdyby nie drobne defekciki: krzywy nos, za wielkie usta, obwisłe piersi, czerwone, ciężkie łapy i cera pocętkowana przez ospę.”

Zdechłe ryby i perfumowane kozy

Autor nie szczędzi miejsca także na opisy słynnych obiektów historycznych i włości.  „Powązkom nawet Rousseau nie mógłby nic zarzucić – takie tam wszystko było nienaturalne i sztuczne. W cieniu drzew szumiały poplątane strumyki pełne ryb, zmienianych co rano, bo zdychały w zbyt płytkich ruczajach. (…) Wałęsały się kozy ze wstążkami na ogonie, z wyperfumowanymi wymionami, bo ogarniętej nagłą tkliwością księżnej przychodziła czasem chętka którąś wydoić, dzieci jeździły na osłach, gołąbki i króliki pętały się wszędzie.” Niemało miejsca Zbyszewski poświęca też obyczajom: „Wstawano późno, wnet bieżano na śniadanie. Normalny szlachcic posuwał sobie: łokieć suchej kiełbasy, półmisek zrazów z kaszą, dwa kapłony, zalewał to czterema butelkami wina węgierskiego i – dość! Do obiadu nic już nie brał do ust.”. Albo: „W karty za to rzępolił Kossakowski całymi tygodniami, jednak nigdy nie zgrał się jak kolega po fachu, biskup Sierakowski, który aż pastorał u Żydów zastawił.”

Czytelnik może i chciałby się oburzać za autorem. Ale co robić, gdy wciąż musi się zaśmiewać. Hojna połajanka nie szczędzi królów, dam, Polaków, Rosjan, a nawet budowli. Chyba tylko jeden Kościuszko wypada tu dobrze. Dziś historycy niewiele mają do zarzucenia faktograficznej stronie pracy Karola Zbyszewskiego.

Doktorat do poduszki i do pociągu

Czy brzmi jak doktorat? A jednak. Niemcewicz od przodu i tyłu miał nim być, a nie jest, bo to te pracę w roku 1939 odrzucił Uniwersytet Warszawski. Szczęśliwe dla potencjalnych czytelników arcyciekawych dysertacji – istnieją jeszcze wydawcy. Najnowsze wydanie (2014) Niemcewicza od przodu i tyłu (1939) nie jest tak znowu najnowsze, bo sprzed czterech lat. Brak mu indeksu osób, dokładniejszej bibliografii i wszystkich znamion poważnych prac naukowych. Ale za to – zawiera obydwa wstępy.

Paulina Żebrowska-Zadrożna

Add comment