Portal Holistic News – o ideach w stylu punk

Poczekalnia do lepszego świata

Moria to dowód naszej niemocy. Obóz ma znękać tych ludzi. Żeby pisali do swoich: „Nie przyjeżdżajcie!” – mówi działacz humanitarny Eric Kempson Tutaj pierwsza część reportażu – o tym jak jego bohaterowie dwa lata temu przeprawiali się z tureckiego brzegu na odległą o kilka mil grecką wyspę Lesbos, do obozu uchodźców Moria, który – jak sobie wyobrażali – będzie bramą do nowego, lepszego świata. Co ich czekało na miejscu? Odpowiedź poniżej, w drugiej części reportażu Wiktora Cyrnego

Trudno znaleźć wyjście z labiryntu dróżek między namiotami. Ale na szczycie nieoficjalnej części obozu nikt nie rozbija namiotów. Teren służy za wielką publiczną toaletę. Z góry widać, jak tysiące kabli, sznurków do prania i linek mocujących splata ze sobą namioty i kontenery. Moria przypomina pajęczą sieć, w którą wpadają uchodźcy.

NA ZDJĘCIU U GÓRY: unijny komisarz ds. migracji Dimitris Avramopoulos rozmawia przez siatkę z mieszkańcami obozu Moria w pażdzierniku 2015 roku.

Ahmad, 28 lat, Pakistan: Uważaj, wszędzie pełno ludzkiego gówna. Latem nie można oddychać. Moria śmierdzi odchodami i strachem. Tak, strach też ma swój zapach ‒ tego uczymy się w drodze do Europy. Jestem tu czwarty rok. Nauczyłem się greckiego. Mam pracę. Mnie łatwiej, bo mam cel. Kto nie ma celu, ten gnije.

Ramadhan, 58 lat, Kongo: Najgorsze są zimy. Ta była łagodna, ale rok temu od śniegu zarywały się namioty. Nieraz budził mnie mróz. W lutym 2016 roku spadło 30 cm śniegu. Nie było ogrzewania, bieżącej wody, prądu. Teraz mam grzejnik. Sporo się zmieniło.

Jest południe, zewsząd dochodzi odgłos smażenia i gotowania. Kobiety w hidżabach doglądają dzieci. Mężczyźni stoją przed kuchenkami gazowymi, po trzech lub czterech na jeden palnik. Palą papierosy, śmieją się, ale ich śmiech zaraz ulatnia się wraz z dymem. Przed jednym z namiotów szczeka mały pies. W środku panuje półmrok, na materiałowej ścianie namalowano wielki portret płaczącej kobiety. Nad głową napis: „Śniący nie umierają”.

Sinan, 29 lat, Irak: W Bagdadzie byłem aptekarzem. Czytałem Franza Kafkę, kochałem moją Zahrę. Jej klan nie zgodził się na zaręczyny. Postanowiliśmy uciec do Europy. Złapali nas w Turcji. Akcja ‒ deportacja. Klan oskarżył mnie o porwanie. Po wyjściu z aresztu dostałem w skroń. Odłamki przebiły mi siatkówkę. Ocknąłem się po operacji, gdy Zahra już nie żyła. „Splamiła honor klanu” ‒ powiedział jej ojciec. Europa mnie nie chce, a Irak zabije. Chciałbym dołączyć do Zahry, lecz w snach słyszę jej głos. „Śniący nie umierają”. To ja napisałem.

Adnan, 29 lat, Afganistan: Po dwóch latach w Morii udało mi się wreszcie wyrwać. Wynajmuję pokój w mieście. Pracuję dla organizacji pozarządowej. Angażuję uchodźców w różne aktywności. Dziś wyświetlamy europejskie kino tylko dla kobiet. Dostałem właśnie SMS-a od dziewczyny z obozu, chcesz przeczytać? (na ekranie wiadomość: „Moria people loves you!”).

Zmierzch. W namiocie uchodźców z Afryki rozbrzmiewa etniczna muzyka. Im ciemniej, tym więcej mężczyzn wychodzi przed namioty. Rodziny z dziećmi zapinają wejścia agrafkami. Chcą się odseparować od alkoholu, narkotyków, frustracji. Zewsząd dochodzą krzyki, przebija jedno słowo: „Moria! Moria!”.

Sinan, 29 lat, Irak: To jest wielki plemienny psychiatryk. Wyobraź sobie bad trip po kwasie. Jakieś szaleńcze głosy, pijani fanatycy schowani za namiotem z kawałkiem ostrej blachy.

Nadir, 34 lata, Syria: Zobacz, gnije mi ręka. Poświecę latarką. Teraz się trochę wygoiła, ale była czarna. Próbowałem się powiesić na słupie wysokiego napięcia. Dużo osób się zabija. Czujesz moją rękę? To zapach Morii.

W namiocie afrykańskich uchodźców wybucha pożar. Ludzie zbiegają ze wzgórz, by pomóc w gaszeniu.

Czarnoskóry mężczyzna, ok. 25 lat, Sudan Południowy: Nagrałem ogień! Patrz! Czy ktoś nam pomógł?! Nie. To wy, biali ludzie, jesteście winni! Robicie zdjęcia i wywiady, a potem wyjeżdżacie. To przez was musieliśmy uciekać z domów. To wy zgwałciliście Afrykę!

Moses, 29 lat, Nigeria: Moria nie dała mi szczęścia. Przeszłość mnie zniszczyła. Byłem uzależniony od dragów i hazardu. Chciałem tu zacząć od nowa. Azyl? Odmowa. Miałem zostać deportowany. Malowałem obrazy. Ckliwa historia: artysta w obozie. Uśmiecham się, bo tak trzeba. Nie mam żadnych szans na wyjazd.

Sinan, 29 lat, Irak: Nie chcę już z tobą rozmawiać. Przyjeżdżacie oglądać nasze cierpienie.

Łodzie przybijają do brzegu obok miasteczka Molyvos co noc. Chociaż już dużo rzadziej niż wtedy, gdy przypłynęli Adnan, Moses i Samir. Według danych Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM) w ubiegłym roku dotarło do Europy 171 tys. ludzi z Bliskiego Wschodu i Afryki, a 3116 utonęło w Morzu Śródziemnym. W 2015 roku było to odpowiednio: milion imigrantów i 3771 wyłowionych topielców.

Ciała topielców dryfują z falami popychane przez wodę jak plastikowe butelki. Przemytnicy ze strony tureckiej ładują na łodzie także martwych. Licznik śmierci rośnie po stronie Unii Europejskiej.

Kto pierwszy zobaczy, ten próbuje pomóc. 30 ucisków. Wdech. Brak reakcji. Powtórzenia do przyjazdu ratowników.

Kamizelki ratunkowe, zrzucone przez uchodźców po przybiciu do brzegu Lesbos, są wywożone na wzgórze nazywane cmentarzyskiem kamizelek ratunkowych. Ich olbrzymi stos wygląda jak pomnik upamiętniający wielką ucieczkę. Na pomarańczowo-niebieskim wysypisku co kilka metrów leżą dziecięce pływaczki.

Eric Kempson, szef organizacji humanitarnej The Hope Project, rozrywa kilka kamizelek. W środku gąbka albo pocięta karimata.

Eric Kempson, wolontariusz: 80 proc. tych kamizelek to podróbki! Najgorsza jest gąbka. Chłonie wodę i ciągnie na dno. Uchodźcy nie wiedzą, że w Turcji sprzedają im zły towar. Powinni tego zakazać.

Nikos Aris, wolontariusz: Mieszkałem w Atenach, prowadziłem dostatnie życie. Pracowałem w korporacji ‒ szklany budynek, duże pieniądze. W 2015 roku spędzałem urlop na Lesbos, to moje rodzinne strony. Położyłem się na plaży ‒ drink z parasolką, relaks. Do brzegu przybiły czarne łódki. Płaczące matki i przerażone dzieci. Już nie wróciłem do korpo. Zostałem na wyspie. Wcześniej woziłem posiłki do Morii, teraz prowadzę restaurację dla uchodźców. Podaję darmowe obiady, organizuję rodzinne imprezy ‒ kawałek normalnego życia.

Eric Kempson: Wolontariusze są uzależnieni od pomagania. Widziałem to w ich oczach. W lutym 2017 roku przez trzy dni nie przypłynęła żadna łódź. „Eric, gdzie oni są? Gdzie łodzie? Dlaczego nie przypływają?!” – pytali przerażeni. Byli na humanitarnym głodzie. To Angela Merkel przyjechała wtedy się spotkać z Erdoğanem. Turecki prezydent pokazywał jej swoje możliwości. Gdy on sobie tego nie życzy, ani jedna łódź nie przypłynie z Turcji na Lesbos.

Alina Czyżewska, wolontariuszka: Kiedyś Moria to było więzienie dla 700 skazanych. Teraz jest tu 6,5 tys. niewinnych ludzi. Ktoś śpi pod kontenerem, ktoś oprze się o śmieci. Bywa, że rano wychodzisz z namiotu, a tu odcinają wisielca. Miłego dnia! Potem dwie godziny w kolejce po śniadanie: chemiczny rogalik. Obiad? Ryżowa breja z olejem. W pakiecie szkorbut, wrzody żołądka, brak witamin. Unia śle kasę, ale kto ją dostaje? Nawet Lekarze bez Granic wynieśli się z obozu na znak protestu przeciwko łamaniu praw człowieka.

Hassan Maluf, wolontariusz i uchodźca: Jestem gejem. U nas, w Maroku, za homoseksualizm trzy lata więzienia, a na wsiach ukamienowanie. Do Europy przypłynąłem po wolność. Jak bardzo się myliłem! Zabrali mnie od razu, chwilę po tym, jak łódź dobiła do brzegu. Zamknęli w detention center. 25 mężczyzn w jednej celi. Przez sześć tygodni. Upokorzenie, brud, ryż, chleb i woda. Dostałem gorączki. Wypadały mi zęby. Gniły na mnie ubrania. Prosiłem o spotkanie z lekarzem i prawnikiem. „Jestem niewinny!” ‒ krzyczałem. Sześć tygodni lęków, paranoi i psychoz. Wypuścili mnie z tej celi bez słowa wyjaśnienia. Nienawidzę Grecji.

Eric Kempson: Moria to dowód naszej niemocy. Obóz ma znękać tych ludzi. By pisali do swoich: „Nie przyjeżdżajcie!”. Płyną dotacje z ONZ i UE, ale gdzie są te pieniądze?! Tu jest taka bieda, że widać każdy dobrze wydany tysiąc euro. Moi znajomi mówią „Napisz książkę”, a ja odpowiadam, że nikt by nie uwierzył w to, co widziałem. Dzieci z ciałami pożartymi przez gangrenę, ludzie z dziurami w mięśniach. W sierpniu przybiła łódź z człowiekiem tak strasznie poparzonym, że 90 proc. jego ciała składało się z blizn. Nie miał siły, by się napić, więc wlałem mu do ust trochę wody, okryłem kocem. Zapytałem, gdzie chce się dostać. „Jadę do Niemiec na operację plastyczną. Potrzebuję nowej twarzy, by wrócić na front”.

W nocy ciemność zlewa się z morzem. Światła tureckiego wybrzeża dają złudzenie bliskości. Charda, wolontariuszka z Holandii, rozpoczyna swoją wartę na wysokim klifie niedaleko Molyvos. Przez lornetkę z noktowizją wypatruje czarnych pontonów. Ludziom trzeba pomóc, kiedy przybiją do brzegu.

Charda, 65 lat, wolontariuszka: Łódź z uchodźcami odróżnia się od rybackiej tym, że jest głębiej zanurzona i po brzegi wypełniona pasażerami. Noktowizor nie rozróżnia ras i pokazuje wszystkich imigrantów jako białych ludzi. Gdyby płynęła tutaj łódź pełna Polaków, wyglądaliby tak samo.

* imiona lub nazwiska niektórych bohaterów zostały na ich prośbę zmienione

Wiktor Cyrny

Add comment