Portal Holistic News – o ideach w stylu punk

Street art: artystyczny wirus

Rodzi się pod osłoną nocy, by uniknąć konfrontacji z służbami porządku publicznego. W dzień atakuje przechodniów niczym artystyczny wirus. Prowokuje do myślenia, działania, zmiany.  Jak żadna inna forma sztuki służy demokracji. Szkoda tylko, że w Polsce go coraz mniej. A kiedyś wystarczyło jedynie przejść się po mieście… 

Żeby podziwiać na żywo dzieła jednej z najbardziej popularnych form sztuki współczesnej, nie musimy odwiedzać muzeów ani galerii. Wystarczy, że wyjdziemy z domu i udamy się na spacer po mieście lub szlakiem tak zwanych marginalizowanych okolic. Mowa o starych blokowiskach, pustostanach czy garażach, bo właśnie te miejsca są wylęgarnią street artu. Przez lata przyzwyczailiśmy się do kolorowych grafik na murach miejskich budynków do tego stopnia, że przestaliśmy zwracać na nie uwagę odrzucając jednocześnie – świadomie lub nieświadomie – przesłanie artystów ulicznych, które – czego dowodzi praktycznie każda nowa praca Banksy’ego – ma potencjał do zmiany społecznej mentalności, a co za tym idzie – może służyć naprawie świata. I choć to mocno idealistyczny scenariusz, to może być zrealizowany, ale pod warunkiem, że my – odbiorcy będziemy potrafili czytać to, co przez swoją sztukę mówią do nas artyści. A mówią o sprawach ważnych dla nas – społeczeństw. 

Jednak zanim kilka słów o konkretnych przykładach, wypadałoby rozszyfrować pojęcie „street art”, którego znaczenie, wbrew nachalnie narzucającym się pozorom, nie jest oczywiste. Co więcej,  jego zdefiniowanie sprawia trudność zarówno krytykom sztuki, jak i samym artystom ulicznym. 

Jak sugerowałaby to nazwa, street art jest po prostu sztuką ulicy. Tylko, czy idąc tropem dosłownego znaczenia tego pojęcia, powinniśmy wrzucać do worka z napisem „street art” wszystkie wytwory sztuki znajdujące się w szeroko rozumianej przestrzeni publicznej? Rzeźby, średniowieczne malowidła ścienne, pomniki? Czy sztuka w obrębie przestrzeni miejskiej to wszystko street art? W pewnym sensie tak, bo w końcu często ma bezpośredni kontakt z ulicą. Jednak w praktyce, worek z “napisem street art” nie jest aż tak pojemny. Właściwie od wielu lat pojęcie to zarezerwowane jest dla mocno specyficznej twórczości. Jej efekty niegdyś zdobiły ściany pustostanów, tuneli podziemnych, garaży i starych blokowisk. Dzisiaj coraz częściej pojawiają się w centrum przestrzeni miejskich na murach znanych budynków. Po to, by przykuć uwagę jak największej liczby przechodniów. Nie ważne, czy jest to mieszkaniec konkretnego miasta czy turysta. Liczy się efekt – zwrócenie uwagi, poruszenie, prowokacja, zmuszenie do refleksji, zmiana w świadomości. Street art nieustannie szokuje odbiorców, a ostatnimi czasy trzęsie internetem.

 

 

Liczy się efekt – zwrócenie uwagi, poruszenie, prowokacja, zmuszenie do refleksji, zmiana w świadomości. 

 

 

FOTO

 

Street art, mimo że rozwinął się na przełomie XX i XXI wieku, nie jest młodym zjawiskiem. Pierwsze malowidła ścienne pochodzą sprzed czterdziestu tysięcy lat. Jedno z najstarszych to „koń z jaskini Lascaux” odnaleziony we Francji, który został namalowany farbami z naturalnych barwników. Z kolei pierwsze przejawy malarstwa ściennego w Polsce datuje się na 3900 rok przed naszą erą.

 

FOTO – „koń z jaskini Lascaux”

 

Street art nie jest zatem zjawiskiem, które wyrosło z kultury undergroundu i sztuki graffiti, jak uparcie sądzą niektórzy. Jednak postać sztuki ulicznej, która jest nam najbliższa, rozwinęła się na przełomie lat 60. i 70. Natomiast okres rozkwitu zarówno graffiti, jak i street artu, przypada na lata 90. To wtedy na miejskich murach pojawiło się najwięcej efektów oddolnych, nielegalnych działań artystów ulicznych. I choć zazwyczaj odbierano je jako przejaw wandalizmu, ludzie nigdy nie przechodzili obojętnie obok kolorowych szablonów, tagów czy vlepek. Prace streetartowców szokowały i prowokowały. Ich kolorowe formy przyciągały uwagę, a treść często wywoływała kontrowersyjne reakcje i różnorodne interpretacje. Street art szybko stał się sztuką, która zaczęła interesować nie tylko ulicznych przechodniów, ale również ludzi sztuki i media.

W tamtym okresie sztuka uliczna została obarczona jarzmem pewnego rodzaju nieoficjalnej misji, którą artyści uliczni realizują do dzisiaj mniej lub bardziej świadomie. Misja ta narodziła się zupełnie nieplanowanie i nic nie wskazywało na to, by miała być istotą sztuki ulicznej. Stało się inaczej. Streetartowcy obrali sobie za główny cel nie wywoływanie wrażeń artystycznych, ale: poruszenie odbiorcy; zmuszenie go do refleksji nad rzeczywistością; przypominanie o sprawach istotnych dla współczesności; inicjowanie zmiany w sposobie myślenia odbiorców, a co za tym idzie – postrzeganiu świata; motywowanie do zmiany. Te wszystkie kwestie charakteryzują jeden z najważniejszych nurtów sztuki współczesnej – sztukę zaangażowaną. Jacek Zydorowicz określił ją niegdyś mianem artystycznego wirusa, który wdziera się w rzeczywistość, krytykuje ją, wyciąga jej brudy spod dywanu i uwrażliwia odbiorcę na to, co wokół. Street art bez wątpienia wpisuje się w jej ramy, ale mimo to, wciąż pozostaje zjawiskiem wielowątkowym, dlatego trudnym do zdefiniowania i zrozumienia, nawet dla specjalistów. Jednak większość z nich, w tym Grzegorz Borkowski – krytyk sztuki i wieloletni redaktor naczelny kwartalnika „Obieg”, podkreślają istotną rolę sztuki ulicznej w kształtowaniu rzeczywistości, a konkretnie przestrzeni, w której żyjemy.

Dla mnie najważniejszą rolą street artu jest kształtowanie ikonosfery, w jakiej żyjemy i przez to formy naszego życia codziennego, dlatego street art nie jest w ścisłym sensie sztuką, lecz raczej kulturą wizualną. Czasami ma postać bliską wandalizmowi, ale to nieunikniona cena wolności twórczej. Co mogą dać nam powodowane przez street art zmiany form, w których toczy się nasze życie codzienne? To zależy i od street artu i od zmian w społeczeństwie – mówi Grzegorz Borkowski.

To właśnie ta zmiana w przestrzeni publicznej, która dokonuje się za sprawą symboli i znaków, wywołuje u odbiorców refleksję, a w efekcie uświadamia ich, że to również oni mogą być prowoderami tych zmian. Mogą pływać na otaczającą rzeczywistość i kształtować ją. W tym sensie street art jest sztuką, która służy demokracji, a przede wszystkim społeczeństwu obywatelskiemu. Zaszczepia w ludziach myśl o działaniu na rzecz wspólnego dobra i sposobności zmiany.

W tym sensie street art jest sztuką, która służy demokracji, a przede wszystkim społeczeństwu obywatelskiemu. Zaszczepia w ludziach myśl o działaniu na rzecz wspólnego dobra i sposobności zmiany.

Zarówno street art, jak i graffiti, przez socjologów zaliczane są do grupy enklaw społecznych, które sprzyjają tworzeniu się nowych kultur oraz umacnianiu więzi międzyludzkich. Co więcej, praca artystów ulicznych może również wyznaczać normy i zasady życia społecznego, ponieważ ma silny wpływ na sposób postrzegania świata przez odbiorców. 

Streetartowców można śmiało określić, za Piotrem Zańko, prowokatorami kulturowymi, a ich pracę manifestacją prowokacji kulturowej. Street art nie tylko prowokuje odbiorców do refleksji nad rzeczywistością, ale także prowokuje zmianę rzeczywistości, krytykuje ją,  a co najistotniejsze – sprzyja narodzinom nowych kultur. 

Zańko zaznacza jednak, że na Zachodzie prowokacja ta ma charakter antykonsumpcyjny i antykorporacyjny. Z kolei w Polsce anarchizująco-egzystencjalny. Prace polskich streetartowców bardzo często stanowią przejaw buntu wobec systemu, w którym żyjemy

 

Cechą enklaw jest również poczucie odpowiedzialności za to, co publiczne. Większość streetartowców odczuwa potrzebę zmiany rzeczywistości, która nas otacza. 

 

Dzięki artystom ulicznym odbiorca ma poczucie, że miasto żyje, a akty twórcze w jego przestrzeni stanowią dla niego zachętę do zmiany.  To właśnie te akty twórcze tworzą kulturę i poczucie więzi między artystą a odbiorcą. 

 

 

Artyści uliczni odgrywają istotną rolę w kontekście znaczenia przestrzeni miejskich dla mieszkańców. Poprzez swoje działania podważają fakt, że miasta są własnością magistratów i korporacji. Widzą przestrzeń miejską w nowy sposób, testują jej system znaków i tworzą nowy – pełen świeżej symboliki nawiązującej do najważniejszych zjawisk współczesności. Jednocześnie przypomina

 

 

FOTO

Czym właściwie jest street art?

Udzielenie odpowiedzi na to pytanie jest trudne nie tylko dla laika, ale także dla ludzi sztuki, a nawet samych artystów ulicznych. Jednak na potrzeby tego artykułu pokusiłam się o sformułowanie definicji opartej o najistotniejsze cechy street artu. Można uznać, że street art jest zbiorem działań twórczych w szeroko rozumianej przestrzeni publicznej, zwykle podejmowanych nielegalnie, których głównym celem nie jest pozostawienie artystycznego śladu, ale istotnego przekazu odbiorcom. W twórczości ulicznej (czy jest to street art czy graffiti) na pierwszym miejscu nigdy nie stoją wrażenia estetyczne. Informacja ukryta w szablonie, vlepce czy tagu ma wdzierać się do umysłu odbiorcy, poruszać go, prowokować, a w efekcie wywoływać refleksję. To właśnie dlatego street art ma potencjał do zmiany rzeczywistości, bo ta zmiana rozpoczyna się przecież w naszych głowach.

 

W twórczości ulicznej (czy jest to street art czy graffiti) na pierwszym miejscu nigdy nie stoją wrażenia estetyczne. Informacja ukryta w szablonie, vlepce czy tagu ma wdzierać się do umysłu odbiorcy, poruszać go, prowokować, a w efekcie wywoływać refleksję.

 

Bezapelacyjnie mistrzem wywoływania tego poruszenia od kilku lat jest Banksy, który na wyspach pełni dzisiaj rolę piątej władzy, a każda jego nowa praca jest swoistym wydarzeniem społecznym. Na razie nic nie wskazuje na to, żeby coś miało się zmienić w tej kwestii. Siła krytycyzmu, sugestywności i aktualności prac Banksy’ego sprawia, że jest on dzisiaj jednym z najważniejszych i najbardziej zaangażowanych artystów współczesnych. Ponad dwie dekady wcześniej podobny efekt wywoływały prace Jeana Michela Basquiata. To właśnie w okresie świetności Basquiata pojęcie “street art” wpadło do oficjalnego obiegu za sprawą Allana Schwartzmana, który w 1985 roku wydał publikację pod tym samym tytułem. W książce zebrał przykłady nielegalnej twórczości ulicznej niebędącej klasycznym writingiem, czyli czymś na wzór podpisów grup grafficiarskich, utrzymanych zazwyczaj w komiksowej stylistyce. Znalazły się w niej również prace Basquiata, które bardzo szybko trafiły do galerii sztuki. Aspekt nielegalności jest nieodłączną cechą sztuki ulicznej, dlatego jej wytwory mimowolnie przywołują skojarzenia z wandalizmem. Trudno się dziwić, że często traktujemy je jako mało zrozumiałe akty twórcze i zbyt rzadko przywiązujemy wagę do znaczenia ich treści, co jest kluczem do zrozumienia przesłania artystów. 

Te wszystkie kwestie to cechy wspólne street artu i graffiti, tylko ich cel jest diametralnie inny. Grafficiarzom zależy głównie na zdobyciu uznania w swojej zamkniętej grupie. Rajcuje ich raczej fakt, że mogą zaśmiać się społeczeństwu w nos malując spektakularnie wagon pociągu niż podejmować próby uświadamiania ludzi, a co za tym idzie – naprawy świata. Streeartowcy wychodzą do społeczeństwa z istotnym przekazem, krytykując na murach poczynania estabilishmentu, zwracając uwagę na pozycję słabszych w świecie i przypominając o ofiarach konfliktów zbrojnych. Te wszystkie motywy nieustannie pojawiają się w dziełach Banksy’ego.

 

Streeartowcy wychodzą do społeczeństwa z istotnym przekazem, krytykując na murach poczynania estabilishmentu, zwracając uwagę na pozycję słabszych w świecie i przypominając o ofiarach konfliktów zbrojnych.

 

……

Art czy nie art?

Tylko, czy to, co wyszło spod rąk Banksy’ego czy Basquiata powinniśmy nazywać sztuką? Czy wandalistyczna ingerencja w przestrzeń publiczną zasługuje na miano sztuki? Środowisko krytyczne długo było bezwzględne wobec tych nurtów nie doceniając ich wartości artystycznej. Street art przez wiele lat nie leżał również w polu zainteresowania kolekcjonerów. Żył własnym życiem w przestrzeni publicznej. Przyzwyczailiśmy się do jego obecności, ale niekoniecznie potrafiliśmy docenić i – co najistotniejsze zrozumieć – jego wytwory. Dopiero po latach, gdy zaczęto organizować festiwale streeartowe, a kolekcjonerzy sztuki coraz chętniej nabywali „uliczne dzieła”, krytycy zaczęli patrzyć bardziej przychylnym okiem na malunki na miejskich murach.

 

Malarstwo, które sprzeciwia się prawom danego kraju, jest dobre. Malarstwo, które sprzeciwia się prawom danego kraju, a równocześnie prawom grawitacji, wydaje się ideałem.  – tak o street arcie mówił Banksy. 

Tylko sęk w tym, że streetartowcy i grafficiarze nigdy nie dążyli do tego, by ich twórczość ubierać w ramy sztuki, a wręcz przeciwnie – od zawsze najważniejsza była manifestacja wolności artystycznej, buntu wobec oficjalnego obiegu i wywołanie poruszenia u odbiorcy. 

 

Tylko sęk w tym, że streetartowcy i grafficiarze nigdy nie dążyli do tego, by ich twórczość ubierać w ramy sztuki, a wręcz przeciwnie – od zawsze najważniejsza była manifestacja wolności artystycznej, buntu wobec oficjalnego obiegu i wywołanie poruszenia u odbiorcy. 

 

Dylematy dotyczące rozumienia i definiowania street artu, ale także graffiti jako sztuki, może rozwiać hasło Tate’a Moderna pochodzące z książki Street art. The graffiti revolution, które brzmi: „Na koniec to do ciebie jako widza należy decyzja, co jest sztuką, a co nie, co jest interesujące, a co nie. Jednak zanim podejmiesz decyzję, najpierw naucz się patrzeć”. Bo street art nie jest sztuką dla sztuki, ale sztuką dla społeczeństwa. I właśnie ten istotny aspekt odróżnia street art od graffiti.

 

Malarstwo, które sprzeciwia się prawom danego kraju, jest dobre. Malarstwo, które sprzeciwia się prawom danego kraju, a równocześnie prawom grawitacji, wydaje się ideałem.

 

 

Street art to punk!

“Street art to po prostu punk” – tak sztukę uliczną rozumie Kamil Kuzko – krakowski malarz, grafficiarz i twórca murali. Faktycznie, jeśli przyjrzeć się ideom streeartowców i punkowców –  a co ważniejsze – ich realizacji, od razu czuć podobny bakcyl: bunt, interwencja, krzyk do odbiorcy, wolność, frajda, ryzyko. I to właśnie zabawa i ryzyko najbardziej podniecają streetartowców i grafficiarzy podczas tworzenia.

Jestem malarzem, a może bardziej malarzem-rysunkowcem, który czasami pracuje w przestrzeni publicznej. W street arcie kręci mnie po prostu przestrzeń (rozumiana bardzo szeroko) oraz otwartość (a raczej koncepcje formy otwartej), które sprzyjają kreatywności i zwiększają zakres twórczych możliwości – mówi Holistic.news Kamil Kuzko.

 

Mural "Exit" autorstwa Kamila Kuzko przy Dworcu Głównym w Krakowie  (fot. Katarzyna Domagała)

"Trzy kawałki bez buta" autorstwa Kamila Kuzko, Krika i Urwisa w ogrodzie Hotelu "Dada" w Krakowie (fot. Katarzyna Domagała)

Możliwość artystycznej ingerencji w przestrzeń jest dla artystów ulicznych uzależniająca i motywująca, o czym przekonuje jeden z najbardziej lubianych przez internautów streetartowców – Trololo. Jego prace cieszą się ogromną popularnością nie tylko w mieście, ale przede wszystkim w mediach społecznościowych. Te najbardziej znane – które były również powodem problemów artysty z prawem – to “Pan Trololo” przy ulicy Szpitalnej i “Deszczowa Piosenka” przy Bożego Ciała.

Tworząc szablony zazwyczaj chcę podzielić się ze światem swoimi skojarzeniami, przeżyciami lub refleksją. Często inspiruje mnie miejsce lub konkretna ściana. Street art jest dla mnie narzędziem do zmiany atmosfery na ulicy. Dzięki takim działaniom można stworzyć zupełnie nowe miejsca – mówi Trololo.

 

Szablon "Gronostaj z Damą" autorstwa Trololo wykonany w opuszczonym bunkrze w górach, (Trololo)

Moje prace są raczej apolityczne. Staram się nie angażować w obszar życia społecznego, jakim jest polityka. Głównie stawiam na filozofię, muzykę i rozrywkę, choć wykonałem też jedną grafikę nawiązującą do ważnego społecznego problemu – alkoholizmu. Myślę, że sztuka uliczna może mieć silny wpływ na zmianę mentalności społecznej, ale raczej nie naprawi rzeczywistości. Może za to opisać lub przedstawić alternatywną rzeczywistość, a to dobry punkt wyjścia do zmiany, a na pewno do rozpoczęcia debaty publicznej – dodaje artysta.

Myślę, że sztuka uliczna może mieć silny wpływ na zmianę mentalności społecznej, ale raczej nie naprawi rzeczywistości. Może za to opisać lub przedstawić alternatywną rzeczywistość, a to dobry punkt wyjścia do zmian.

 

BANKSY MURALE

 

Misja streetartowców to zmiana i poruszenie. Zmiana dotycząca nie tylko odbiorców, ale również = w którym tworzą. Zabawa z przestrzenią, nadawanie jej nowego znaczenia i sprawienie, że ludzie poczują się w niej lepiej, mogą być przyczynkiem do zmiany myślenia u odbiorców, a w efekcie do zmiany rzeczywistości. Bo nie każdy street art musi prowokować i budzić kontrowersje – jak prace Banksy’ego. Dzieła uliczne mogą pełnić również funkcję rozrywkową, poprawiającą samopoczucie i zachęcać do refleksji na temat przestrzeni publicznej. Z kolei sam akt twórczy w jej obrębie bez wątpienia jest przykładem zmiany rzeczywistości. W ten sposób misję street artu rozumie jedna z najbardziej znanych ulicznych artystek, która ukrywa się pod pseudonimem Swoon.

Chcę, by ludzie poczuli, że świat jest większy i mniej przewidywalny niż sobie wyobrażają i żeby to uczucie zawierało w sobie jakiś rodzaj nadziei lub zaraźliwej myśli, że wszyscy powinniśmy przekształcać nasz świat wciąż od nowa, od nowa i od nowa – i że możemy to robić – twierdzi Swoon.

 

SWOON STREET ART FOTO

Ingerencja twórcza w przestrzeń publiczną stanowi motywację dla odbiorców nie tylko do zmiany rzeczywistości, ale również manifestacji wolności artystycznej, którą artyści uliczni chcą zarazić społeczeństwo. 

Możliwość tworzenia w przestrzeni miejskiej bez żadnej cenzury jest istotą wolności dla streetartowców i spełnieniem. Ta przestrzeń stwarza im również pole do stosowania i próbowania różnorodnych technik – w taki sposób street art postrzega wrocławski artysta – Ciah-ciah.

 

Ale jak pisze Kamila Kamińska nawiązując do Kidpele, „Ani dzieci ani dorośli
nie potrzebują pozwolenia od żadnych władz, żeby korzystać
z przestrzeni publicznej – miasto jest naszym placem zabaw!

Mi zależy tylko
żeby on się zatrzymał. A czy on zareaguje wkurzeniem się czy
powie o ładne… co dla mnie jest najgorsza opcja, bo powie
o ładne, bo kolorowe9
. Ja chcę być zadowolony ze swojej pracy.
Wiesz, nie chce niszczyć tej przestrzeni, mam jakieś tam swoje
ramy, których nie przekraczam” Lump 

 

 

 

Artystyczny wirus

Street art nieustannie wierci dziury w rzeczywistości, przygląda się jej, krytykuje ją i wyciąga jej brudy spod dywanu, a przy okazji odciąga odbiorców od codziennej rutyny. Dlatego przez niektórych krytyków sztuki słusznie wkładany jest do worka z napisem “sztuka zaangażowana” czy “sztuka krytyczna”. Street art zwraca uwagę na to, co istotne w społeczeństwie i jednocześnie mobilizuje do włączenia myślenia, refleksji, a w konsekwencji zmiany.

O krok dalej w rozumieniu i definiowaniu street artu – przynajmniej w obrębie naszego rodzimego podwórka – poszła Aleksandra Niżyńska. W książce „Street art jako alternatywna forma debaty publicznej” lansowała tezę, że sztuka uliczna może być nową formą debaty publicznej, prowadzonej oddolnie, pozainstytucjonalnie, bez zbędnych uwikłań politycznych, a jej treść ma charakter opiniotwórczy i może silnie oddziaływać na mentalność społeczną. Niżyńska dostrzega w street arcie między innymi potencjał do bycia pozaklasowym głosem, który może mieć charakter rewolucyjny i stawiać sobie za cel nie tylko krytykę, ale i zmianę rzeczywistości. Warto jednak podkreślić, że w trakcie aktu twórczego to nie misja jest najważniejsza dla artysty ulicznego, a swoboda twórcza i dreszczyk emocji związany z nielegalną ingerencją w przestrzeń publiczną.

Zarówno street art, jak i graffiti, przez socjologów zaliczane są do grupy enklaw społecznych, które sprzyjają tworzeniu się nowych kultur, a tym samym więzi międzyludzkich. Takie działania mogą również wyznaczać normy i zasady życia społecznego. Cechą enklaw jest również poczucie odpowiedzialności za to, co publiczne. Doskonałym przykładem są działania streetartowców, których celem jest szeroko pojmowana zmiana.

Dzięki artystom ulicznym odbiorca ma poczucie, że miasto żyje, a akty twórcze w jego przestrzeni stanowią dla niego zachętę do zmiany.  To właśnie te akty twórcze tworzą kulturę i poczucie więzi między artystą a odbiorcą. 

W ten sposób swoją działalność rozumie między innymi artysta tworzący pod pseudonimem Lump. Celem jego działalności jest nie tyle poruszenie odbiorcy, co zwrócenie jego uwagi na konkretne dzieło. 

Mi zależy tylko, żeby on się zatrzymał. (…) Ja chcę być zadowolony ze swojej pracy.(…) Nie chcę niszczyć tej przestrzeni, mam jakieś tam swoje ramy, których nie przekraczam – mówi Lump.

Sztuka uliczna ma również potencjał do tworzenia przestrzeni, które Michael Foucaulte nazywał heterotopiamii. To miejsca realne, ale różne od tych, które zastajemy przed ich powstaniem. Według socjologów, sztuka uliczna ma największy potencjał w kreowaniu takich przestrzeni w sposób demokratyczny, otwarty i bezpłatny. Bez wątpienia autorem najbardziej spektakularnych prac o charakterze heterotopijnym jest dzisiaj Banksy. Przykładem jest mur w Palestynie. Malowidło na szarej, starej ścianie przedstawia drzwi do piękniejszego, wielobarwnego świata, czyli nieosiągalnego dla tamtejszych mieszkańców. Heterotopie pozwalają nie tylko dostrzec prawdę o rzeczywistości, ale również możliwość jej zmiany na lepsze. Mają funkcję mobilizującą. Szczególną rolę odgrywają w ubogich miastach i dzielnicach. Street art może być zatem formą przekraczania granic społecznych, uświadamiania ludzi o istnieniu lepszego świata, do którego mogą dążyć. Ta swoistego rodzaju transgresja dotyczy również polityki, jak i psychiki konkretnej jednostki. Street art po prostu służy zmianie. To właśnie Banksy traktuje sztukę uliczną jako formę przekraczania granic społecznych, jak i tych intymnych, zakorzenionych w psychice jednostki. 

Street ma jeszcze jedną ważną funkcję społeczną – dzięki swojej formie wywodzącej się z kultury obrazka, ułatwia ludziom zwrócenie uwagi na komunikat artysty i zapamiętanie go.

Żyjemy przecież w czasach, w których dominują krótkie informacje, podane w jak najprostszy sposób. Street art ma przyciągać formą, a treść konkretnego dzieła ma sprzyjać refleksji, pobudzać do myślenia. 

 

 

Ale przejdźmy do konkretów: jak ma się street art w Polsce?

 

Street art w Polsce nie narodził się wraz z modą na Banksy’ego

Korzenie polskiego street artu są zgoła inne niż te, z których wyrosła światowa sztuka uliczna. Street art w Polsce nie narodził się – jak przekornie sądzą niektórzy – wraz z modą na Banksy’ego i co istotne – wcale nie przypominał sztuki ulicznej Zachodu. Okazuje się, że pierwsi polscy streetartowcy to żołnierze Małej Dywersji, którzy w czasie II wojny światowej oznaczali szyframi mury okupowanej Warszawy. Najczęściej malowano wtedy znak Polski Walczącej wykorzystując różnorodne techniki: szablony, farby w sprayu czy węgiel.

Symbol Polski Walczącej na jednej z miejskich ścian 

W latach 70. dochodziło do nielegalnych eksperymentów ulicznych neoawangardowych artystów, które dzisiaj moglibyśmy śmiało nazwać abstrakcyjną sztuką uliczną. Z kolei pierwszym polskim artystą, który świadomie tworzył w nurcie street art, był Tomasz Sikorski, który odbijał na murach niewielkie obrazki barwiące szarą rzeczywistość PRL. W latach 90. do polskiej kultury zaczęło przenikać graffiti, które tworzyli głównie fascynaci kultury hip-hop. Było buntownicze, nieokiełznane i błyskawicznie oddziaływało na street art nadając mu anarchistyczno-punkowego charakteru. Uliczne malunki stały się wyraziste, pociągające i w końcu zauważone przez ludzi sztuki. Między innymi dzięki ich wsparciu zorganizowano w Polsce pierwszy streetartowy festiwal – Katowice Street Art Festival. Lata 2000 można uznać za złoty okres polskiego street artu, ponieważ to właśnie wtedy tworzyli najlepsi polscy artyści uliczni. Mowa między innymi o grupie EtamCru, Chazmie, Somearcie czy Mariuszu M-City Warasie. Ich prace zdobią dzisiaj mury wielu miast świata.

 

"Girl in strawberries", EtamCru 

INNE FOTY



Polski street art na początku lat 2000 miał się naprawdę dobrze, a jego oddziaływanie społeczne stawało się coraz silniejsze, głównie ze względu na intensywność i treść artystycznego przekazu. I pewnie sztuka uliczna prężenie brnęłaby do przodu, gdyby nie proces, który od kilku lat sukcesywnie postępuje w przestrzeni miejskiej. I choć jego efekty poprawiają komfort życia w mieście, co pozytywnie wpływa na nasze samopoczucie, coraz częściej odciągają naszą uwagę od klasycznego street artu. Mowa o muralomanii, która zbiera swoje żniwa w wielu polskich miastach. Interesujący jest jednak fakt, że autorami wielu ścianek, są artyści, którzy wyrośli właśnie z korzeni street artu czy graffiti. 

 

Muralomania trwa w najlepsze

W Polsce od kilku lat trwa muralomania, a nasz kraj jest kolebką tego zjawiska w Europie. Około 2008 roku rozlała się w Polsce prawdziwa fala miłośników zdobienia murów. Instytucje publiczne i znane marki sprytnie i szybko wykorzystały fakt, że malowidła na ścianach bardzo spodobały się społeczeństwu. Efekt? Artyści znacznie zaczęli chętniej realizować zlecenia komercyjne, które okazały się być sposobem na zarobienie dobrych pieniędzy. W miastach zaczęło 

 

a w miastach zaczęło przybywać malowideł ściennych. Nie obyło się również bez festiwali. Jeden z nich – łódzki festiwal Urban Forms – został nawet zaliczony przez prestiżowy magazyn „Graffiti Art Magazine” do grona pięciu najważniejszych wydarzeń na świecie poświęconych sztuce ulicznej. Tym samym, Łódź została okrzyknięta centrum sztuki miejskiej w Polsce.

"Taphouse", EtamCru, Łódź 

Z pewnością znajdziemy tam najwięcej murali. W tym znaną „Madame Chicken” autorstwa EtamCru. Również Śląsk może pochwalić się serią spektakularnych malowideł ściennych. Szczególne wrażenie robią te w przejściu podziemnym przedstawiające historię powstań śląskich. Z kolei w Cieszynie uwagę przyciągają murale przy dworcu autobusowo-kolejowym, które powstały w ramach festiwalu MURART Cieszyn. Sporo murali znajdziemy też na warszawskiej Pradze, krakowskim Zabłociu, we Wrocławiu, Poznaniu i Gdańsku. 

"Madame Chicken" autorstwa grupy EtamCru (fot. Fundacja Urban Forms)

Muralomania ma się w Polsce wciąż postępuje i wszystko wskazuje na to, że jej wytworów będzie coraz więcej, ponieważ na murale po prostu jest dzisiaj popyt. Wydaje się, że ta forma twórczości doskonale wpisała się w potrzeby mieszkańców – szczególnie wielkich – miast, co bez skrupułów wykorzystują włodarze i agencje reklamowe. W końcu lepiej mieszkać wśród kolorowych ścian niż betonowych bunkrów.

A jak murale sprawdzają się w praktyce? Pełnią głównie funkcję estetyczną: poprawiają nam nastrój, wywołują konkretne emocje związane z obcowaniem ze sztuką oraz kształtują sposób jej postrzegania. Te wykonane na zlecenie władz miejskich zazwyczaj są bardzo estetyczne i raczej pozbawione pierwiastka kontrowersyjności. Z kolei w pracach zaprojektowanych przez konkretne marki sporadycznie można znaleźć elementy zaangażowania w spawy społeczne, jak na przykład w ostatniej kampanii marki Medicine, która – nieco błędnie – promowała kolekcję „Street art” muralami.

Murale mogą pełnić funkcję zbliżoną do roli sztuki zaangażowanej, czyli krytykować zastaną rzeczywistość i uświadamiać społeczeństwo, co widać głównie na Zachodzie. Na polskich ściankach raczej znajdziemy niewiele tego cennego pierwiastka, a jeśli już, to na przykład w muralach EtamCru. 

 

 

ETAMCRU

 

Niestety, murale – mimo że często prezentują wysoką wartość artystyczną – mają również swoje minusy. Na przykład odciągają naszą uwagę od klasycznego street artu, który wciąż – choć ze znacznie mniejszą częstotliwością niż jeszcze kilka lat temu – pojawia się na miejskich murach. Podziwiając spektakularne malowidła ścienne nie zauważamy przesłania streetartowców, które niekoniecznie poprawiłoby komfort naszego życia w mieście, ale miałoby szansę uzdrowić społeczne funkcjonowanie. Bez wątpienia street ma zadatki na to, by być istotnym głosem w debacie publicznej, który może zmieniać rzeczywistość. Tylko, czy w Polsce jeszcze to możliwe, skoro sztukę uliczną przysłaniają dzisiaj wielkie murale? 

 

MURALE

 

 

Polski street art cichnie

Kondycja miejskich murów potwierdza, że polski street art cichnie. Vlepki czy szablony nie pojawiają się już z taką częstotliwością, jak jeszcze kilka lat temu. Rozmowy z artystami ulicznymi uświadomiły mi, że to wina kilku istotnych przyczyn. Pierwsza: fakt, że coraz rzadziej organizowane są festiwale street artu w Polsce, przez co artyści uliczni nie mają sposobności poznania się i spotkania w warunkach sprzyjających tworzeniu. Druga: w Polsce wciąż funkcjonuje niewiele galerii sztuki, które zajmują się wystawianiem street artu. Trzecia: w naszym kraju nie istnieje rynek sztuki ulicznej, przez co artyści mogą czuć się niedocenieni. Czwarta: postępująca muraloza zaczęła wypierać klasyczny street art. Piąta: śledzenie street artu odbywa się obecnie głównie za pośrednictwem portali społecznościowych. Mariusz M-City Waras twierdzi, że street art w Polsce obecnie nie ma możliwości, by się rozwijać. Znajdziemy na naszym rodzimym podwórku sporo przykładów wysokiej jakości sztuki ulicznej, ale bez festiwali streetartowych i rynku sztuki ulicznej, zjawisko to będzie tracić na sile.

Niestety, na naszym podwórku od kilku lat nie dzieje się nic ciekawego, jeśli chodzi o street art. Brakuje festiwali streetartowych, galerii, które wystawiałyby sztukę uliczną oraz kolekcjonerów. Najlepsi polscy artyści uliczni tworzą dzisiaj głównie za granicą, ponieważ tam znajdują odpowiednią przestrzeń i sprzyjające warunki. Mowa głównie o grupie EtamCru, Chazmie czy Nawerze. Ja również od kilku lat maluję w większości poza granicami naszego kraju – mówi M-City.

Mural autorstwa M-City w Istambule (fot. Mariusz Waras)

"Stravanger", M-City (fot. Mariusz Waras)

"Kharcov", M-City (fot. Mariusz Waras) 

 



 

Drugie – lepsze życie

Street art i graffiti w Polsce funkcjonują obecnie pod przykryciem wielkoformatowego malarstwa, które dla społeczeństwa jest bez wątpienia przyjemniejsze i prostsze w odbiorze. Czy w takiej sytuacji street art w Polsce spełnia swoją misję? Jeśli tak, to coraz rzadziej w przestrzeni realnej, a coraz częściej wirtualnej.

Dzieła artystów ulicznych w dużej mierze przeniosły się do internetu, który dał im nowe, lepsze życie. Dlaczego lepsze? Bo wraz z modą na śledzenie prac Banksy’ego strony internetowe i portale społecznościowe poświęcone sztuce ulicznej przeżywają oblężenie. Dzisiaj modne jest lajkowanie fanpage’y poświęconych sztuce ulicznej i udostępnianie zdjęć kontrowersyjnych szablonów Banksy’ego czy spektakularnych murali EtamCru. Tylko, czy w takiej przestrzeni spełniają one swoją rolę? Wydaje się, że jest na to spora szansa, ale efekt zależy przede wszystkim od nas – odbiorców.

Gdzie pasja, tam i pieniądze

Gdzie pasja, tam muszą być też pieniądze. Pojawia się zatem pytanie: czy uprawianie sztuki ulicznej jest opłacalne? Ostatnia aukcja obrazów Banksy’ego dowodzi, że można dorobić się milionów na street arcie, ale nie każdy podzieli los króla. 

Streetartowcy, którzy wyrastają z undergroundu i antysystemowych idei, nigdy nie dążyli do zarabiania pieniędzy na swojej sztuce. Pierwszorzędnymi celami były zawsze: emancypacja poglądów, poruszenie odbiorcy i skok adrenaliny. Kiedy więc uliczne grafiki stały się dojną krową, która zaczęła przynosić owocne zyski finansowe? Całkiem niedawno, bo w okolicach 2005 roku, czyli u szczytu popularności Banksy’ego. Każdy nowy szablon jego autorstwa, który pojawił się na mieście, urastał do rangi wydarzenia i prowokował gorącą społeczno-medialną dyskusję.

Streetartowe dzieła zaczęły przenosić się wtedy do galerii sztuki, gdzie szybko zostały docenione. Ich stawki były zbliżone do wybitnych dzieł sztuki. Te autorstwa Banksy’ego sprzedawano za kilka i więcej milionów funtów. Z kolei obecny rekord w licytacji street artu padł w maju 2017. Była to praca Untitled z 1982 autorstwa Jeana Michaela Basquiata, za którą japoński kolekcjoner zapłacił 110,5 miliona dolarów. Dzieła sztuki ulicznej prawdopodobnie będą osiągały coraz wyższe stawki, co potwierdza między innymi M-City, który od lat kolekcjonuje sztukę uliczną. 

Street art wsiąknął głęboko w światowy rynek sztuki i ugruntował sobie w nim silną pozycję. Dzisiaj na Zachodzie aukcje street artu już nikogo nie dziwią, a zainteresowanie ze strony kolekcjonerów jest coraz większe, co oczywiście sprzyja popularyzacji tej formy działalności twórczej. W Polsce obecnie nie ma warunków, by rozwinął się rynek sztuki ulicznej, co potwierdza Mariusz M-City Waras, który od lat kolekcjonuje street art.

W Polsce znajdziemy sporo przykładów lepszego i gorszego street artu, ale niestety, na naszym rodzimym podwórku nie funkcjonuje takie zjawisko, jak rynek sztuki ulicznej. Niewiele jest galerii, które pokazują street art i równie mało jego kolekcjonerów. Ten istotny aspekt street artu ominął Polskę, przez co nie możemy zestawić naszego kraju z innymi. Mamy wielu zdolnych streetartowców, których pseudonimy znane są bardziej na świecie niż w Polsce. Mowa między innymi o formacji EtamCru, Zbioku czy Chazmie. W Polsce nikt dzisiaj nie pokazuje ich prac w galeriach – mówi Mariusz M-City Waras.

Na street arcie można zatem dobrze zarobić, ale pod warunkiem, że umiejętnie rozgrywa się karty w świecie sztuki ulicznej. Do sukcesu na miarę Banksy’ego potrzebne są nie tylko: talent, pasja, pomysł i odwaga, ale też smykałka do robienia pieniądza. Tworząc w nurcie klasycznego street artu zarabiają tylko najlepsi. Głównie na aukcjach. 

Źródłem dochodu są zlecenia komercyjne w tym często reklamy, które – niestety – zazwyczaj pozbawione są cennego pierwiastka artystycznego. Poza tym, streetartowcy tworzą również dzieła w mniejszych formatach na zamówienie, a także wystawiają swoje prace na aukcje. Takie prace zazwyczaj wykonane są techniką wykorzystywaną przez graficiarzy, czyli spray plus szablon, choć zdarzają się również obrazy z użyciem farb olejnych. Jak widać, street art może być zajęciem dochodowym, o ile pokieruje się swoim talentem w umiejętny sposób i zawrze właściwe znajomości.

Na street arcie da się zarobić, jeśli jest się aktywnym i dobrym w swoim fachu. Mówię jednak o rynku światowym, ponieważ ten w Polsce nie istnieje. Najwięksi streetartowcy są dzisiaj bardzo skomercjalizowani. Za ich pracami idą duże pieniądze i z pewnością oni rozgrywają tę grę – mówi Mariusz M-City Waras.

Wypowiedź Kuzko o jego komercyjnym działaniu

wypowiedź Warasa o zarabianiu na sztuce ulicznej , kwoty jakie dostają artyści uliczni za swoje prace, część street artowców się skomercjalizowała, 

sss

Czy można ukraść street art?

W ostatnich latach street art znajduje się nie tylko w polu zainteresowania kolekcjonerów i galerii, ale także złodziei. Coraz częściej dochodzi do kradzieży wprost z miejskich  murów. Street art jest kradziony i nielegalnie sprzedawany, choć wciąż stawiane są pytania: czy odcinanie ścian murów miejskich i pustostanów można nazywać kradzieżą dzieła sztuki i czy street art w ogóle można ukraść? W tym przypadku zazwyczaj nazywane jest to kradzieżą praw autorskich, ponieważ nie każdy efekt działania streetartowców nazywany jest sztuką. Takie incydenty zdarzają się bardzo często na wyspach, gdzie jest najwięcej prac Banksy’ego. Jedną z najgłośniejszych spraw dotyczących kradzieży dzieła ulicznego było odcięcie szablonu “Sperm Alarm” autorstwa Banksy’ego, który znajdował się na ścianie hotelu Hesperia. Sprawca – Leon Lawrenc próbował sprzedać dzieło na aukcji internetowej za 17 tysięcy funtów. W tym przypadku uznano to za przestępstwo.

Do kradzieży sztuki ulicznej bardzo często dochodzi również we Francji, czego nieustannie doświadcza jeden z najbardziej znanych tamtejszych streetartowców – Christian Guema. Twórczość Guemy ma przypominać o tych, o których na co dzień zapominamy – starszych, ubogich czy uchodźcach. We Francji to ważny głos społeczny. Niestety, jego prace zazwyczaj są podpalane, co ułatwia ich usunięcie z murów. Okazuje się, że wystarczy najzwyklejszy palnik, żeby ukraść uliczne dzieło.

FOTO street art Christian Guemy .

Mimo że wciąż nie jest jasne, czy kradzież dzieł ulicznych należy kwalifikować do kategorii: “kradzież sztuki”, to takie incydenty zdarzają się nagminnie, a w ich rozwiązanie coraz częściej zaangażowane są służby specjalne, na przykład FBI. Według prawa, odnalezione dzieło uliczne powinno wrócić do właściciela, jednak ustalenie jego tożsamości bywa bardzo trudne. W efekcie dzieło uliczne zazwyczaj trafia do galerii.

Czy to nadal ten sam street art?

Nasuwa się tylko pytanie: czy street art, który się sprzedaje, to wciąż jeszcze ta sama sztuka, co przed 30. laty: niepokorna, antysystemowa, nakierowana głównie na odbiorcę, nie na zysk? Czy streetartowcy pozostają wiarygodni w swojej działalności, gdy wiemy, jak ogromne pieniądze stoją za ich pracami? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania, choć wydaje się, że najistotniejszy jest zawsze cel konkretnego dzieła i jego społeczny odbiór.

Street art w swoim założeniu miał być sztuką antykomercyjną. Jednak lata doświadczeń uczą nas, że, jeśli antykomercyjna kultura rośnie do rangi fenomenu, zazwyczaj napędza nowy rynek i machinę pieniądza. Ten proces następuje nieprzerwanie od około 50 lat, czyli okresu, gdy wytwory kontrkultury hippie zaczęły przynosić zyski finansowe. Taką tezę stawiają między innymi Joseph Heath i Andrew Potter w książce  Bunt na sprzedaż. Dlaczego kultury nie da się zagłuszyć. Towary konotujące bunt zawsze napędzają rynek i zawsze będzie na nie popyt. Pozostaje mieć zatem nadzieję, że street art nie utraci całkowicie pierwiastka antysystemowości, a artyści uliczni nie będą wyłącznie wytwarzać produktów na sprzedaż. Również na naszym rodzimym podwórku.

Katarzyna Domagała

Add comment