Portal Holistic News – o ideach w stylu punk

Upadek euro? Dla europejskiej waluty nadchodzą trudne czasy

Wróżby upadku europejskiej waluty czynione są od dawna, ta jednak trwa, pomimo problemów i kryzysów. Wiele wskazuje na to, że zamiatanie kłopotów pod dywan i odwlekanie ich w czasie tylko pogłębi kryzys, który w końcu nadejdzie.

Sytuacja na światowych rynkach finansowych w listopadzie 2018 roku jest mocno niepewna. Po długim okresie hossy, obawiają się bessy, która wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi, nadchodzi dużymi krokami. Natomiast Stary Kontynent zmaga się
z problemami, mogącymi okazać się brzemienne w skutki, których rozmiar ciężko jest przewidzieć.

Jedynie cztery miesiące dzieli nas od rozwodu Wielkiej Brytanii ze Wspólnotą, Francja targana jest poważnymi problemami społecznymi, a poparcie dla Emanuela Macrona jest fatalnie niskie. We Włoszech, nowy wyraźnie anty-unijny rząd, nie dość, że za nic ma sobie wdrożenie polityki oszczędności, to przepchnął prawo o dochodzie gwarantowanym dla każdego obywatela, co przy zadłużeniu na poziomie 131,8% PKB można określić jednym słowem – szaleństwo. W Niemczech CDU i SPD, dotychczasowi hegemoni sceny politycznej, doświadczają drastycznego spadku poparcia, a ich kosztem wzmacnia się Alternative für Deutschland. Ten raptem pięcioletni, eurosceptyczny twór polityczny, jest obecnie główną siłą opozycyjną z poparciem oscylującym w przedziale 17-20%. Na dodatek, na horyzoncie widać już zmierzch ery europejskiej carycy, kanclerz Angeli Merkel.

Państwa PIGS ledwo dyszą pod ciężarem zadłużenia, a strefa euro egzystuje tylko i wyłącznie dzięki gospodarce niemieckiej i Europejskiemu Bankowi Centralnemu. Euro przetrwało już kilka kryzysów, ale skala problemów, które nad nim wiszą, jest przytłaczająca. Zwłaszcza, jeśli do powyższego (i tak mocno wybiórczego) zarysu sytuacji dodamy niepewny kierunek rozwoju wojny handlowej USA – Chiny, wciąż nierozwiązany kryzys migracyjny, polityczną woltę Wspólnoty względem Stanów, czy wzrost nastrojów eurosceptycznych w niemal całej Unii.

Klimat polityczny i społeczny w żaden sposób nie sprzyja stabilizacji. Jak wygląda sytuacja w gospodarce?

Gliniane nogi kolosa

W pierwszej kolejności zwróćmy uwagę na zadłużenie niektórych państw strefy euro. Na poniższym wykresie możemy zauważyć, że aż cztery mają dług przekraczający 100% rocznego PKB. Co prawda teoria ekonomii nie wskazuje jednoznacznie, jaka jest korelacja pomiędzy długiem a wzrostem gospodarczym, gdyż wskaźnik ten jest zmienny, i nie sformułowano jeszcze żadnego prawa, które by to opisywało. Jednakże przy wysokim zadłużeniu, kluczowym czynnikiem jest wydatkowanie pieniędzy publicznych. Nie trzeba być wirtuozem ekonomii i finansów, żeby wiedzieć, że przy dużym zadłużeniu, zwłaszcza wobec problemów gospodarki wewnętrznej, polityka oszczędności jest jak najbardziej pożądana. Jednak ani w Grecji, ani we Włoszech, zaciskanie pasa nie jest popularną praktyką.

Sam dług niewiele jeszcze mówi o kondycji gospodarki. Dodajmy więc do tego  wskaźnika kolejny, a mianowicie poziom bezrobocia. Cóż ukazuje się naszym oczom? Na niechlubnym piedestale stoją zarówno Grecja, jak i Włochy, dwa najbardziej zadłużone kraje w UE. Pomiędzy nimi zaś Hiszpania, której licznik długu nieuchronnie zbliża się do 100% PKB.

Co piąty Grek i co dziesiąty Włoch nie ma pracy. Ponadto, obydwa te kraje borykają się
z dużymi problemami jeśli chodzi o ściągalność podatków, co w połączeniu z dużym bezrobociem i ogromnym zadłużeniem wróży kiepską perspektywę na przyszłość. Ktoś może powiedzieć, że to wciąż za mało, żeby wieszczyć upadek euro. Żeby nie zanudzać statystykami, przedstawię ostatni już wykres, który jest niezbędny, aby zrozumieć mechanizm, dzięki któremu te kraje jak dotąd nie zbankrutowały.

Powyższe dane procentowe to rentowność 10-letnich obligacji rządowych. Co nam one mówią? Zacznijmy od początku.

Państwa emitują obligacje, czyli papiery dłużne. Przyjmijmy na potrzeby dyskusji, że jedna obligacja jest warta 100 euro. Alexandros z Aten, żeby bezpiecznie zainwestować swoje 100 euro, kupuje obligację. Po wygaśnięciu okresu zapadalności (zazwyczaj 2 lub 10 lat), państwo musi ją od niego odkupić, a ponadto co roku wypłacać mu odsetki, które wynoszą tyle, ile rentowność danej obligacji. Jak wiadomo, jedne państwa są mniej stabilne gospodarczo, a inne bardziej. Grecja jest krajem bardzo niestabilnym, a rentowność jej obligacji wynosi 4.18% . Dla kontrastu, Niemcy są bardzo stabilne, a rentowność ich obligacji wynosi ok. 0.35%. Ten mechanizm, pomimo iż faktycznie jest o wiele bardziej skomplikowany, rządzi się dość logicznymi prawami: chcesz szybko sprzedać swoje obligacje bo potrzebujesz pieniędzy? Sprzedawaj je tanio i oferuj dużą rentowność.

To, że państwo się zadłuża, wcale nie oznacza, że to państwo płaci za długi. Rządy nie mają żadnych własnych pieniędzy, dysponują pieniądzmi obywateli pobieranymi w formie różnych danin, jawnych i ukrytych. Kto więc płaci? Pan płaci, Pani płaci, państwo płacą. Obsługa zadłużenia jest kosztowna, a oprócz samej kwoty, którą należy zwrócić, są jeszcze nieubłaganie naliczające się odsetki. Wykresy i tabelki, które pokazują kondycję gospodarki, tak na prawdę w zawoalowany sposób ukazują sytuację zwykłych ludzi, którzy pracują i żyją w danym państwie. To nie tak, że kraj może się zadłużać w nieskończoność, bo to obywatele w całości poniosą konsekwencje decyzji swoich włodarzy.

Zastanawiacie się pewnie, kto przy zdrowych zmysłach kupuje obligacje Grecji czy Włoch, mając świadomość, że państwa te mogą najzwyczajniej w świecie zbankrutować i nigdy ich nie odkupić? Nie robi tego nikt, kto ma choć odrobinę oleju w głowie. Ani grecki Alexandros, ani włoski Giuseppe. Robi to Europejski Bank Centralny.


William Murphy
(CC BY-SA 2.0)

Drukarka, która nigdy się nie wyłącza

Dodruk pieniądza jest powszechnie praktykowany przez wszystkie najważniejsze banki świata: Rezerwę Federalną USA, Bank Japonii, Bank Szwajcarii oraz Europejski Bank Centralny. Ciekawą obserwacją jest, że w warunkach zglobalizowanego systemu finansowego, banki „wymieniają się” dodrukiem, żeby utrzymać gospodarkę w ryzach.
W latach 2013-2016 prym w podaży pustego pieniądza wiódł FED. Od 2015 roku drukarzami-przodownikami są EBC oraz BoJ. Znaczenie podaży pieniądza jest znacznie większe, niż polityki. Być może w nadchodzących latach będziemy świadkami spektakularnego dowodu tych słów.

Daj mi kontrolę nad podażą pieniądza danego narodu i nie będzie mnie obchodzić, kto tworzy jego prawa !

Mayer Amschel Freiherr von Rothschild

Mając powyższą wiedzę, klaruje się przed nami dość jasny obraz sytuacji w Europie
i eurozonie. Biedne, zadłużone kraje południa nie oszczędzają, rozciągają socjal do granic absurdu, wydają znacznie więcej niż zarabiają, a mimo to nie bankrutują. Jak?

Utrzymanie strefy euro jest w żywotnym interesie nie tylko Niemiec, ale również głów systemu finansowego. Euro to druga na świecie po amerykańskim dolarze waluta pod względem bazy monetarnej, udziału w handlu międzynarodowym oraz rezerwach walutowych. Dość logiczne więc, że bankructwo choćby jednego państwa posługującego się tą walutą może spowodować trudne do przewidzenia skutki.

Euro znalazło się wobec tego w zamkniętym kole – Włochy, Grecja, Portugalia czy Hiszpania, funkcjonują głównie dlatego, że EBC skupuje ich obligacje, na które z obiektywnych przyczyn nie ma zbyt wielu chętnych kupców.

Zastanawiające jest w tym kontekście, ile waluty trzeba dodrukować, żeby rachunki się zgadzały, a domek z kart się nie zawalił.

Przez ostatnie trzy lata (2015-2018), w ramach programu skupu obligacji krajów strefy euro, EBC wypuszczał na rynek 60 miliardów euro MIESIĘCZNIE. Pomimo sygnałów z początku roku, że wartość ta miałaby być zmniejszona do 30 miliardów, nie zostało to wprowadzone
w życie. Według stanowiska banku, polityka luzowania ilościowego (QE – quantitive easing) ma się zakończyć w tym miesiącu. Prosta matematyka mówi jednak, że zaledwie w ciągu 3 lat na rynek wpompowano 2,16 biliona euro. W przybliżeniu, jest to ok. 6 budżetów Niemiec, albo 21 budżetów Polski. Więc skoro są pieniądze, to dlaczego nie ma pieniędzy?

O obecną i przyszłą sytuację europejskich finansów zapytałem Colina Lloyd’a, specjalisty w dziedzinie makroekonomii i rynków finansowych, założyciela i autora nagradzanego bloga
In the Long Run. Powiedział:

Podatki w UE już teraz są relatywnie wysokie. Niedobory w budżetach państw Unii mogą być kompensowane dalszym zadłużaniem. Europejski Bank Centralny będzie kontynuował politykę QE i utrzymywał rentowności obligacji na sztucznie niskim poziomie. Demografia (starzenie się europejskiej populacji) sprzyja deflacji, więc kontynuowanie luzowania ilościowego raczej nie napędzi inflacji. Dług jest najmniej bolesnym rozwiązaniem dzisiejszych problemów, ale powoduje efekty, których nie widać na pierwszy rzut oka: osłabia trend wzrostowy oraz zubaża nasze dzieci i wnuki, które będą go spłacać.

Bogaci się bogacą, a biedni biednieją

Główna fala krytyki pod adresem polityki luzowania ilościowego uderza w sposób dystrybucji pieniądza. Celem  kuracji sterydowej, opartej o dodruk, miało być podniesienie inflacji w strefie euro z 0,2% do 2%, zmniejszenie zadłużenia krajów członkowskich, a przede wszystkim pobudzenie gospodarki: konsumpcji, inwestycji oraz tworzenia miejsc pracy.

Praktycznie żaden z tych celów nie został spełniony. Polityka QE jest zazwyczaj ostatecznością i nie jest stosowana bez najwyższej konieczności. W praktyce, pieniądze wyemitowane przez EBC utknęły na rachunkach bankowych, nie poprawiając sytuacji ekonomicznej eurozony.
Efekt? Ci, których stać na obrót ryzykownymi obligacjami wzbogacili się, co tylko pogłębiło nierówności społeczne. Sytuacja szerokich mas nie poprawiła się w znaczący sposób, a pomimo interwencyjnego skupu papierów dłużnych, Grecja i Włochy są nadal w katastrofalnej sytuacji. Ludzie, którzy tam mieszkają, niestety muszą liczyć się z tym, że jeżeli skarbiec zaświeci pustakami, skarbnicy sięgną do ich prywatnych kieszeni. Oznacza to podniesienie podatków, opłat administracyjnych oraz wszelkich innych danin.

EBC zapowiada wyłączenie drukarki i zakończenie polityki luzowania ilościowego. Czy jednak uda się przeprowadzić ten proces względnie stabilnie, nie narażając Europy na kryzys?

Wielu ekonomistów na świecie postulowało zmianę mechanizmu Quantity Easing. Najciekawiej prezentuje się koncepcja Helicopter Money. W skrócie, można opisać ją jako bezpośrednią dystrybucję emitowanych pieniędzy do portfeli obywateli. Przeliczając kwoty na liczbę ludności, każdy obywatel strefy euro miesięcznie dostawałby kilkaset euro. Mógłby je wydać wedle własnej woli, robiąc zakupy, spłacając długi, podnosząc standard życia czy inwestując w biznes. Pieniądze wywarłyby doraźny, znaczący wpływ na rynek, a dystrybucja „po równo” pomniejszyłaby dysproporcje majątkowe, pobudziła gospodarkę i podniosła inflację, co jest obecnie pożądane. Największą zaletą takiego rozwiązania jest oszczędność na biurokracji, która pożarłaby ogromny odsetek środków, gdyby dystrybucję przeprowadzić na zasadzie transferów publicznych.  Pomimo, że Mario Draghi, szef EBC, ocenił Helicopter Money jako ciekawą ideę, nigdy nie była ona przedmiotem formalnej debaty.

Kasim Rashid (CC BY-SA 2.0)

Czy Niemcy już wiedzą?

Istnieją mocne przesłanki ku temu, że euro faktycznie może upaść. Najlepiej przygotowani na potencjalną śmierć euro są, jakże inaczej, Niemcy. Wynika to z kilku przyczyn. Po pierwsze, po wejściu euro Niemcy nie wprowadzili terminu na wymianę starej Deutsche Marki na nowe pieniądze. Proces ten przebiega bardzo powoli, gdyż obywatele nie muszą się spieszyć, a najwidoczniej sentyment do starej, dobrej D-Marki trwa. W 2016, w obiegu pozostawała równowartość 12,76 miliarda marek (6,53 miliarda euro) w banknotach i monetach. Wciąż można nimi płacić, nawet w dużych sieciach jak Kaufland, CA czy Ikea. Według sondaży, niemal połowa Niemców nie miałaby nic przeciwko, gdyby D-Marka na nowo stała się walutą narodową. Internet od dawna spekuluje, czy niemiecki bank centralny na powrót drukuje marki, jednak nadal pozostają to tylko spekulacje. Niemcy, na czele ze swoją Kanclerz, nie ukrywają, że euro i polityka EBC są skrojone na potrzeby mniejszych, biedniejszych państw i ograniczają niemiecką gospodarkę. Niemal bez echa przeszły słowa Angeli Merkel sprzed niemal dwóch lat, kiedy przyznała porażkę euro i stwierdziła, że gdyby marka nadal pozostawała w obrocie, „jej wartość byłaby znacznie inna”. W międzyczasie, do skarbców we Frankfurcie sprowadzane jest niemieckie złoto, którego łączna rezerwa wynosi 3378 ton o wartości 140 miliardów $. Utajniony proces transportu 374 ton z Paryża, zakończył się w 2017 r. po niemal pięciu latach. Pozostałe zagraniczne depozyty póki co leżą w Londynie (432 tony) i Nowym Jorku (1236 ton). Jednak czy leżą i kiedy zostaną przewiezione do Frankfurtu, dowiemy się zapewne dopiero po fakcie.

 Co dalej?

W obliczu dynamicznych zmian oraz społecznego i politycznego niepokoju, stawianie trafnych prognoz jest doprawdy trudnym zadaniem. Co na temat nadchodzącej przyszłości powiedział dla Holistic.news Colin Lloyd?

Potrzebujemy solidnego kryzysu ( być może spowoduje go AfD, które jest rosnącym zagrożeniem?) ale reformy nadejdą. Brexit jak do tej pory spowodował jedynie zwarcie szeregów w Brukseli, co jest bardzo krótkowzroczną odpowiedzią na problem. Jeśli Wielka Brytania nie zgodzi się na warunki Brexitu i nadejdzie koniec marca, istnieje realna szansa, że pomimo wcześniejszej zgody na płacenie, UK zaprzestanie wpłat do budżetu UE ze skutkiem natychmiastowym. To zmusi Niemcy do wystawienia rachunku. Osobiście nie sądzę, że czeka nas powtórka z roku 2008, gdyż wspomnienie kryzysu jest jeszcze zbyt świeże w świadomości ludzi, niemniej jednak rok 2019 może być bardziej brutalny dla UE niż UK.
Jak powiedziałem wcześniej, potrzebujemy solidnego kryzysu (przez co rozumiem bardzo zły kryzys). Niestety jest to jedyna droga do znaczących zmian w demokracji. Jednak mając alternatywny, wolę tak czy inaczej żyć w demokracji!

 

 

Maciej Kochanowski

Add comment